15 cze 2018

Jak ćwiczyć na siłowni, gdy masz nadwagę?

Lubisz ćwiczyć na siłowni, lubisz panującą tam atmosferę i ćwiczenia wśród innych osób, ale boisz się, że przez dźwiganie ciężarów przesadnie urośniesz? Fakt, ostatnio pisałam, że siłownia nie jest dla każdego (nie jest wskazana dla osób z nadwagą), ale to nie do końca prawda.
Siłownia to świetne miejsce, ale trzeba wiedzieć, że nie każdy może ćwiczyć na niej tak samo. Jeśli lubisz ćwiczenia typowo siłowe (jak martwy ciąg, przysiady, czy wszelkie ćwiczenia na maszynach), ale nie chcesz stać się „wielką napakowaną babą”, to zaraz podpowiem Ci, jak połączyć te dwie, pozornie nie do pogodzenia, rzeczy.

Dźwigając duże ciężary staniesz się... duża

Ostatnio pisałam, że nie mogę patrzeć, jak kobieta z nadwagą robi martwy ciąg - tak, bo przez to stanie się jeszcze większa. Są oczywiście panie, które chcą być duże; trenują do zawodów, gdzie siła i potężne gabaryty to priorytet. Zakładam jednak, że Ty chcesz osiągnąć coś innego – chcesz być szczupła i wyglądać zgrabnie (a jeśli jest inaczej, to nie czytaj dalej).

Siłownia może być dla każdego, ale nie dla każdego jest dźwiganie ciężarów

Sprinter vs. maratończyk – czyli dwa rodzaje włókien mięśniowych

Wyróżniamy dwa rodzaje włókien mięśniowych:
  1. szybkokurczliwe – angażowane podczas ćwiczeń typowo siłowych (jak dźwiganie ciężarów, pompki, sprint itp.) - są bardzo silne, jednak ich czas pracy jest krótki, szybko ulegają zmęczeniu;
  2. wolnokurczliwe – angażowane podczas ćwiczeń aerobowych/cardio (jak aerobik, taniec, trucht, chodzenie itp.) - nie są zbyt silne, ale mogą pracować bardzo długo, wolno się męczą.
Te pierwsze pod wpływem treningu zwiększają swoją wielkość, a te drugie nie.

Co ciekawe, podczas jednego rodzaju sportu nie zawsze musimy angażować te same włókna mięśniowe. Warto więc wiedzieć, że pozornie ten sam ruch może dawać różne rezultaty. Spójrzmy na dwóch biegaczy: sprintera oraz maratończyka. Niby obaj robią to samo (biegają), a przecież ich sylwetki są diametralnie różne. Sprinterzy wyglądają jak kulturyści, mają wielkie mięśnie, a z kolei maratończycy są chudzi, nie wyglądają jakby byli kiedykolwiek na siłowni...
Na czym polega różnica? - Obaj wykonują te same ruchy, ALE używając innego ciężaru i liczby powtórzeń: sprinter używa dużego ciężaru krótko (w ciągu kilku sekund zużywa całą swoją energię), a maratończyk małego długo (biegnie lekko, ale o wiele wiele dłużej niż sprinter). Sprinter pobudza do pracy włókna szybkokurczliwe, a maratończyk wolnokurczliwe – sprinter ćwiczy siłowo, a maratończyk aerobowo i stąd tak kolosalna różnica w ich wyglądzie.

Możesz ćwiczyć na siłowni, ale lepiej nie dźwigaj

Mając nadwagę powinnaś skupić się na ćwiczeniach typowo aerobowych - dzięki temu będziesz tracić na wadze, tracić tkankę tłuszczową. Jeśli jednak lubisz robić takie ćwiczenia, jak martwy ciąg, przysiady, wyciskanie sztangi itp., ale jednocześnie nie chcesz, aby przesadnie rosły Ci mięśnie, to masz tylko jedno wyjście: zmniejszyć ciężar, a zwiększyć liczbę powtórzeń. Wtedy wykorzystując te same ruchy zamienisz ćwiczenia siłowe na aerobowe.

Twój godzinny trening może wtedy wyglądać następująco: wybierz sobie np. 10 swoich ulubionych ćwiczeń na siłowni i wykonuj je po kolei, każde po 50 powtórzeń, całość powtarzając 5 razy (czyli 10 ćwiczeń po 50 powtórzeń, w 5 seriach). Jedno ćwiczenie wykonasz wtedy w sumie 250 razy.

Jak dobrać obciążenie?

Do każdego ćwiczenia musisz sobie sama dobrać odpowiednie obciążenie, ale nie martw się, to bardzo łatwe. Jak je znaleźć? - Najlepiej metodą prób i błędów, eksperymentalnie: jak dużym ciężarem jesteś w stanie zrobić ok. 10 powtórzeń, tak teraz powinnaś zmniejszyć ciężar do takiego, by móc zrobić powtórzeń ponad 50. Będzie to obciążenie idealne, takie „na granicy”: jeszcze za mały ciężar, żeby mięśnie rosły, ale już wystarczająco dużo powtórzeń, żeby spalać mnóstwo kalorii. Dzięki temu pot będzie lał się z Ciebie strumieniami i będziesz traciła na wadze, ponadto mięśnie będą ładnie wyrzeźbione, ale nie duże.

Ćwiczenia typowo siłowe, ale z małym obciążeniem możesz obejrzeć np. na kanale trenerki Shelly Dose: tutaj lub tutaj

Jeśli lubisz ćwiczyć na siłowni, ale nie chcesz przesadnie urosnąć, to wykonuj takie ćwiczenia na granicy: zamiast mało powtórzeń dużym ciężarem, rób dużo powtórzeń małym ciężarem. Dzięki temu spalisz większą ilość kalorii i ładnie „podrzeźbisz” sylwetkę

Ja np. lubię ćwiczenia na nogi (przywodzenie, odwodzenie i in. na maszynach), ale ze względu na większe dolne partie ciała (od górnych) nie powinnam ich wykonywać z dużym obciążeniem (aby jeszcze bardziej mi nie urosły). Te ćwiczenia robię więc z minimalnym obciążeniem (kilka kg zamiast kilkadziesiąt) i wszystko jest ok. Wygląda to jak taki „aerobik na maszynach”, z którego za każdym razem wychodzę spocona jak… sama wiesz, co. :D
Jeśli, tak jak ja, lubisz ćwiczenia na nogi, ale wiesz, że nie powinnaś rozbudowywać mięśni dolnych partii ciała, to dobierz sobie mały ciężar (ja tutaj maks. 10 kg) i wykonuj dużo powtórzeń (np. 50 x 5)

Bądź jak sprinter i maratończyk jednocześnie

Na siłowni możesz ćwiczyć jak sprinter albo jak maratończyk, zależnie od tego, jaką chcesz mieć sylwetkę. Najlepiej byłoby połączyć ich systemy: robić to, co maratończyk (czyli długo – np. 1 h – średnio intensywnie ćwiczyć) – żeby tracić na wadze; a jednocześnie np. raz w tygodniu ćwiczyć jak sprinter (czyli dźwigać ciężary, ALE tylko na ściśle określone mięśnie) – aby optycznie powiększyć te partie ciała, które wydają Ci się za małe.
Ja właśnie tak robię: na co dzień ćwiczę głównie aerobowo (by kontrolować wagę), a raz-dwa w tygodniu ćwiczę siłowo na górne partie ciała (wtedy używam dużych ciężarów, by pobudzić mięśnie do wzrostu).

Rób co chcesz, ale ze zrozumieniem

Siłownia jest idealnym miejscem dla osób chudych (które chcą całe się powiększyć) oraz dla osób z wagą w normie, które chcą poprawić proporcje ciała (ćwicząc na ściśle określone partie). Osoby z nadwagą zaś nie powinny ćwiczyć z ciężarami, ponieważ przez to stałyby się jeszcze większe.

Jeśli masz nadwagę, a mimo to bardzo lubisz machać ciężarami, to nic straconego. Możesz na siłowni robić wiele rzeczy, pod warunkiem, że wiesz, jakie dadzą Ci one rezultaty. Jak zwykle w życiu, wszystko polega na zrozumieniu, na robieniu czegoś z głową – w tym przypadku ćwiczeniu tak, aby się bardziej nie rozbudować, tylko spalać duże ilości kalorii.

Znając ogólne zasady, zbudujesz sobie trening kompletny, trening dopasowany idealnie do Ciebie. Właśnie taki, jaki powinien ustalić Twój trener personalny – ale nie wiem, czy taki ktoś w ogóle istnieje, bo najczęściej trenerzy robią niestety zwykłe „kopiuj-wklej”...

Zasada jest prosta: jeśli chcesz dodać (mięśnie) – ćwiczysz dużymi ciężarami mało powtórzeń (ok. 10), a jeśli tracić (na wadze) – ćwiczysz mniejszymi ciężarami, ale z większą ilością powtórzeń (ok. 50).
Łącząc te ćwiczenia będziesz spalać tkankę tłuszczową, a jednocześnie też dodawać mięśnie w wybranych partiach ciała. Stworzysz sobie wtedy trening idealny, czyli taki, który będzie robił dokładnie to, co chcesz. W końcu szkoda czasu na „przypadkowe” rezultaty!

1 cze 2018

Jak rozpocząć fit metamorfozę i poradzić sobie z resztą kompleksów?

Chciałabyś wziąć się za siebie i w końcu ujrzeć w lustrze wymarzoną szczupłą sylwetkę, ale jesteś zdołowana innymi kompleksami, które spędzają Ci sen z powiek? Fakt, aktywny tryb życia i dobra dieta dodają pewności siebie, poprawiają samopoczucie, pomagają pozbyć się nadmiaru tkanki tłuszczowej (fałdek), poradzić sobie z różnymi problemami zdrowotnymi, ALE nie uwolnią Cię od wszystkich kompleksów…
Dzisiejsza notka będzie trochę motywacyjna, bo pomyślałam, że każdej z nas przydadzą się czasem ciepłe słowa otuchy.

Za małe, za duże, za „nie takie”

Każda z nas ma swoje osobiste kompleksy... a to krzywy nos, odstające uszy, małe oczy, niski wzrost itd.. Czasem zdarza się, że obiektywnie piękna dziewczyna z np. lekko garbatym nosem widzi całą siebie przez pryzmat tylko tej jednej wady.
Albo biust (z którym problem ma chyba każda z nas): za mały, za duży, za obwisły, za szeroko rozstawiony bla bla. Dla małych miseczek nie liczą się zalety z ich posiadania; każda kobieta chce mieć po prostu większy… Z kolei panie z większym biustem zazdroszczą tym z mniejszym jędrności i wygody noszenia ubrań.
Ach… już po tych przykładach widać, że trudno nam dogodzić! :D

Zawsze chcemy to, czego nie mamy

Rzecz „ta, której nie mamy” znajdzie się zawsze, bo główną cechą tej rzeczy jest to, że jej NIE MAMY. Gdy już ją zdobędziesz, nie będzie ona rzeczą, której nie masz, więc znajdziesz sobie nową. Z tego błędnego koła nie da się wyjść jedynie poprzez korektę swoich mankamentów, ponieważ to nie one są problemem. Problemem może być ukryte głęboko w Tobie przekonanie, że „coś z Tobą nie tak...”.

Przestań porównywać się do ideału

Tylko ideały mają wszystko, co trzeba… ale, czy one w ogóle istnieją?! Jeśli wpadłaś w pułapkę dążenia do ideału, który sobie wymyśliłaś i któremu (o zgrozo!) wciąż podnosisz poprzeczkę, to masz odpowiedź, dlaczego sądzisz, że coś z Tobą nie tak. Z ideałem nigdy nie wygrasz. Albo się więc uspokoisz i zrozumiesz, że nie można być perfekcyjnym w każdym calu, albo będziesz wiecznie walczyć. Wybierając tę drugą opcję zawsze będziesz na przegranej pozycji.

Nie jesteś najlepsza na świecie, bo nikt taki nie jest. Powinnaś być najlepszą wersją samej siebie i to będzie szczyt Twoich możliwości. Jedyną osobą, do której możesz bez obaw się porównywać, to TY sama. Tylko Ty wiesz, jaka byłaś wcześniej i jakie postępy już zrobiłaś. W tym przypadku liczy się tylko Twój osobisty mały świat.

Żadna z nas nie jest idealna. Porównując się do wyimaginowanego ideału będziesz wiecznie nieszczęśliwa, bo w rzeczywistości ZAWSZE znajdzie się coś, w czym jesteś od niego gorsza…

Skupiaj się na dobrym

Dzięki dobrej diecie i ćwiczeniom możesz zdziałać wiele, jednak niestety nie wszystko. Możesz schudnąć, pozbyć się nadmiaru tkanki tłuszczowej i czuć się lżej, ale z niektórymi mankamentami musisz się pogodzić. To pewnie już wiesz, więc po co ja Ci to piszę… a jednak piszę, bo czasem dużo wiemy, a i tak robimy wszystko na opak. W takim przypadku wiele zależy od Twojego nastawienia, a skoro tak – postaraj się szukać dobrych stron.

Skupianie się bowiem na słabych stronach będzie natrętnie utrzymywać Cię w przekonaniu, że jesteś beznadziejna. Przez to naprawdę stracisz szansę na bycie piękną, pełną wdzięku kobietą. Ubzdurasz sobie, że jesteś do niczego, aż w końcu rzeczywiście tak będzie (w psychologii nazywają to „samospełniającą się przepowiednią”). Stracisz wiele, nie zyskasz nic.

Skupiając się jedynie na swoich wadach po pierwsze automatycznie w ogóle nie dostrzegamy swoich zalet, a po drugie co gorsza – wyszukujemy w słowach innych samych negatywnych opinii, wciąż szukamy potwierdzenia swoich wad. Tak właśnie działa umysł, że ciągle doszukuje się tylko złego. Nasze ego nie może mieć świętego spokoju – zawsze szuka problemu. Jest jak pełnoetatowy pracownik, którego jedynym zadaniem jest gnębienie Cię – a Ty możesz mu się poddać lub pracować nad swoim nastawieniem.

Masz wiele innych zalet

Najlepszą terapią na jakiekolwiek kompleksy jest skupienie się na pozytywach. Pomyśl sobie tak: „mam mały biust i garbaty nos, ale za to jędrne pośladki, ładny sposób chodzenia, ładny kształt twarzy, zgrabne uszy, stopy, czy dłonie. Gdybym nie miała żadnych zalet, to byłby dopiero problem!”.

Twoje kompleksy to nie tylko Twój problem

Czyżbyś wiecznie narzekała wszystkim wokół, jaka to jesteś biedna ze swoimi mankamentami? Jeśli tak, to być może nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak zatruwasz innym życie…

Nie mów innym o swoich mankamentach

Nie ma żadnego powodu, dla którego miałabyś mówić innym o swoich mankamentach - chyba, że chcesz je uwydatnić! Są ludzie, którzy nigdy nie zapomną tego, co im powiedziałaś: jeśli raz powiesz komuś, że masz taki i taki problem, to oni już zawsze będą to pamiętać. Już zawsze będą patrzeć na Ciebie przez pryzmat tej wady i niechcący będą Ci o niej przypominać - a wtedy już tylko krok od obrażania się i kłótni. Jeśli więc nie chcesz kłócić się z innymi na temat swoich męczących kompleksów, to w ogóle nigdy o nich nie wspominaj.

Nie opieraj się na innych

Nikt przez całe życie nie będzie Ci powtarzał, że jesteś piękna. Jeśli Ty sama nie będziesz tego czuła, nigdy nie będziesz szczęśliwa. Jeśli obraz swojego ja oprzesz na kimś z zewnątrz, to właśnie on będzie decydował o Twoim samopoczuciu. Czasem wystarczy czyjeś jedno słowo, by zepsuć Ci cały dzień, czyż nie?
Ja kiedyś oparłam całe swoje postrzeganie siebie na moim chłopaku. Nie wiem, dla kogo było to bardziej męczące: dla niego, że nie mógł wypowiedzieć nigdy słowa krytyki w moją stronę bez ryzyka kłótni, czy dla mnie, że byłam zależna od jego opinii… Stałam się jak pijawka wysysająca z niego krew, a jak wiadomo, taki „układ” nie mógłby skończyć się dobrze…

Bądź swoją najlepszą przyjaciółką

Jeśli nie chcesz zamęczać wszystkich wokół i stwarzać sobie dodatkowych problemów, to zacznij polegać tylko na sobie. Spróbuj zostać swoją najlepszą przyjaciółką – wtedy nawet wady mogą śmieszyć! (Oczywiście, na patrzenie na siebie z dystansem potrzeba sporo czasu, ale lepiej kiedykolwiek zacząć, niż nigdy do tego nie dojść).

Jesteś skazana na… siebie

Jeśli nie masz pięciu-sześciu zer na koncie, to lepiej od razu pogódź się ze swoimi wadami, bo i tak jesteś na nie skazana. Nawet nie ma o czym dyskutować.

… ale inni nie są skazani na Ciebie

Uwierz mi, Twoi bliscy wokół bardzo Cię kochają, ale nikt nie zasłużył na to, żeby być wiecznie męczonym Twoimi wyimaginowanymi problemami. Może przyjść taki dzień, gdy ktoś będzie miał Cię serdecznie dosyć. Wtedy okaże się, że jest już za późno na zatrzymanie go przy sobie… Tylko czy nie będziesz tego żałować?

Jesteś skazana na siebie, ale inni wokół nie, dlatego weź się w garść i przestań wiecznie narzekać, zanim będzie za późno i wszyscy od Ciebie uciekną!

Pracuj nad tym, nad czym możesz

Nie wszystkie mankamenty można naprawić tak łatwo, jak za dużą wagę, nadmiar tkanki tłuszczowej, czy brak mięśni, ale proponuję skupić się najpierw na tym, bo akurat nad tym możesz popracować. Albo zaakceptujesz siebie taką, jaka jesteś i będziesz pracowała nad tym, na co masz wpływ, albo będziesz wiecznie nieszczęśliwa. Lepiej wybrać to pierwsze, choć wiadomo, że nie będzie to łatwe.

Gorsza od brzydkiej kobiety jest kobieta niepewna

Największe problemy zawsze leżą w naszych głowach. Myślisz, że każda kobieta jest zadowolona z siebie? - Większość z nas NIE JEST. Bez przerwy myślimy o dziesiątkach swoich słabych stron, których inni nawet nie zauważają. Zazdrościmy sobie nawzajem dosłownie wszystkiego, nie widząc ile same mogłybyśmy mieć wdzięku, gdybyśmy tylko przestały skupiać się na swoich wadach. Nie jesteś jedyną, która ma kompleksy, możesz za to być jedną z tych, którym nie zasłaniają one całego świata. Rachunek jest prosty... ale wybór należy do Ciebie.

Zastanów się, co mogłabyś zrobić, aby zyskać pewność siebie i eksponować tylko swoje mocne strony? Może zapisz się na kurs tańca (aby wydobyć swój wewnętrzny wdzięk) lub na zajęcia jogi (aby lepiej poznać swoje ciało)?

Zamknij oczy, weź głęboki oddech i spróbuj odpowiedzieć sobie na pytanie: „Za co kochasz innych? Za ich wygląd, czy za to jacy są?” Następnie odnieś to pytanie do siebie...

Wymówki znajdą się zawsze

Łatwo jest szukać wymówek, by wciąż wygodnie siedzieć na kanapie. Możesz albo mieć ładną, szczupłą sylwetkę i czuć się lekko (akceptując wady, których nie można zmienić), albo nie robić nic i tylko narzekać. To drugie łatwiej jest wybrać, ale to pierwsze – może sprawić, że w końcu poczujesz się szczęśliwa w swoim ciele.

Objadanie się i leżenie na kanapie na pewno nie rozwiążą żadnego z Twoich problemów. Jak mało czego w życiu, akurat tego możesz być pewna!

Najtrudniejsze są początki, dlatego nie ma na co czekać! Im wcześniej zaczniesz, tym szybciej będziesz miała je za sobą. Dopiero, gdy wejdziesz na właściwą drogę zobaczysz, że było warto! Pamiętaj, co powiedział kiedyś Albert Einstein:
Szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać różnych rezultatów.
Najlepiej więc sprawdź, jak przejść na dietę niskowęglowodanową oraz jak zwiększyć swoją aktywność fizyczną. A resztę po prostu olej!

18 maj 2018

Antybiotyki i hormony w mięsie: czy naprawdę jest się czego bać?

Ostatnio na zajęciach nasza profesor, ekspert ds. bezpieczeństwa żywności pochodzenia zwierzęcego, poruszyła temat antybiotyków w mięsie. Mówiła, że niedawno jeden z jej studentów orzekł, że nie je mięsa, bo „jest nafaszerowane antybiotykami, hormonami i nie wiadomo czym jeszcze...”.

Czy rzeczywiście lepiej nie jeść mięsa, by być wolnym od zanieczyszczeń żywności? - wręcz przeciwnie! Otóż panią profesor tak zdziwiła wypowiedź tego studenta, że postanowiła i nam dokładnie wyjaśnić tę sprawę. Powiedziała, żebyśmy dobrze jej wysłuchali, bo to bardzo ważne. Nie wiem, jak inni, ale ja otworzyłam zeszyt i zapisałam każde jej słowo.

Sama nasza profesor poprosiła, żebyśmy zawsze obalali takie mity i uświadamiali innych, że w mięsie NIE ZNAJDZIEMY antybiotyków itd.. Wszystko jest dokładnie sprawdzane, kontrolowane i w ogóle bezpieczne. Przyznała, że nie może patrzeć, jak ktoś nie chce jeść mięsa z powodu problemu, który właściwie nie istnieje...

Prawo unijne zakazuje stosowania antybiotyków, hormonów itp.

Od czasu wejścia w życie ustawy z dn. 22 lipca 2006 r. o paszach (Dz.U. 2006 Nr 144 poz. 1045)* wiele rzeczy zakazano w całej Unii Europejskiej. Nie znajdziesz w mięsie anabolików (hormonalnych, beta-agonistycznych), antybiotyków i innych leków weterynaryjnych, ponieważ prawo unijne zwyczajnie zabroniło stosowania tych substancji.
Powiesz: „tak, tak, prawo prawem, a hodowcy na pewno i tak robią swoje”. Otóż niekoniecznie. Kontrole są częste, a kary surowe, dlatego hodowcom zwyczajnie nie opłaca się oszukiwać w tych kwestiach (zresztą, znaleźli sobie alternatywne sposoby na uzyskiwanie podobnych wyników w hodowli, ale o tym za chwilę).
Link do treści całej ustawy znajdziesz na końcu notki, a najważniejsze cytaty z niej to:

Art. 15.
1. Zabrania się wytwarzania, wprowadzania do obrotu i stosowania w żywieniu zwierząt:
1) substancji i produktów szkodliwie wpływających na zdrowie zwierząt, jakość produktów pochodzenia zwierzęcego lub środowisko, zwanych dalej „substancjami zabronionymi”;
2) pasz:
a) zawierających substancję lub produkt, z wyłączeniem czynników patogennych, obecnych w paszy lub na jej powierzchni, które stanowią potencjalne zagrożenie dla zdrowia ludzi lub zwierząt, lub dla środowiska oraz mogą niekorzystnie wpływać na produkcję zwierzęcą, zwanych dalej „substancjami niepożądanymi”, w ilości przekraczającej ich dopuszczalną zawartość,
b) zepsutych, w szczególności o zmienionym smaku, zapachu lub wyglądzie, w wyniku procesów fermentacyjnych, gnilnych lub innych, spowodowanych:
– działaniem drobnoustrojów, grzybów lub roztoczy, lub
– wpływem temperatury, światła lub wilgotności, lub
– upływem czasu;
3) materiałów paszowych i mieszanek paszowych zawierających pozostałości pestycydów w ilości przekraczającej ich dopuszczalną zawartość; pasz genetycznie zmodyfikowanych oraz organizmów genetycznie zmodyfikowanych przeznaczonych do użytku paszowego.
2. Zabrania się wytwarzania mieszanek paszowych z materiałów paszowych, które zawierają substancje niepożądane w ilości przekraczającej ich dopuszczalną zawartość.
3. Powiatowy lekarz weterynarii w przypadku stwierdzenia, że pasza zawiera substancję niepożądaną w określonej ilości, podejmuje we współpracy z podmiotem działającym na rynku pasz działania mające na celu ustalenie źródła pochodzenia tej substancji, ograniczenie lub likwidację tego źródła lub inne działania mające na celu przeciwdziałanie potencjalnemu zagrożeniu.

Art. 30.
1. Do obrotu wprowadza się materiały paszowe i mieszanki paszowe oznakowane.

Art. 46.
1. Wprowadzane na obszar celny Unii Europejskiej pasze lub pasze lecznicze podlegają kontroli granicznej przeprowadzanej przez granicznego lekarza weterynarii, zgodnie z zasadami określonymi w rozdziale V rozporządzenia nr 882/2004, z przepisami o weterynaryjnej kontroli granicznej oraz ustawą.

Art. 52.
1. Minister właściwy do spraw rolnictwa w porozumieniu z ministrem właściwym do spraw środowiska, po uprzednim powiadomieniu Komisji Europejskiej, może, w przypadku poważnego zagrożenia dla zdrowia ludzi i zwierząt oraz dla środowiska, w drodze rozporządzenia:
1) wprowadzić czasowy zakaz przywozu na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej lub przewozu przez jej terytorium pasz lub pasz leczniczych z państw, w których to zagrożenie występuje,
2) określić szczególne wymagania dla pasz lub pasz leczniczych przywożonych na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej z innych państw – mając na względzie ochronę zdrowia ludzi i zwierząt oraz bezpieczeństwo środowiska, a także opinię Komisji Europejskiej w zakresie zastosowania wymienionych zakazów lub ograniczeń.

I wreszcie:
Art. 53.
1. Kto:
1) wytwarza, wprowadza do obrotu lub stosuje w żywieniu zwierząt pasze niespełniające warunków określonych w rozporządzeniu nr 183/2005, przepisach wydanych w trybie tego rozporządzenia lub ustawie,
2) wytwarza, wprowadza do obrotu lub stosuje w żywieniu zwierząt dodatki paszowe niespełniające warunków określonych w art. 3 ust. 1 lub ust. 3–5, art. 10 ust. 1 lub ust. 7, art. 11, art. 12 ust. 1 lub art. 16 ust. 5 rozporządzenia nr 1831/2003,
3) wprowadza do obrotu lub stosuje jako dodatki paszowe antybiotyki inne niż
kokcydiostatyki i histomonostatyki,
4) wytwarza, wprowadza do obrotu lub stosuje w żywieniu zwierząt pasze zawierające substancje, o których mowa w art. 15 ust. 1 pkt 1,
6) wytwarza mieszanki paszowe z materiałów paszowych zawierających substancje niepożądane w ilości przekraczającej ich dopuszczalną zawartość,
7) wprowadza do obrotu pasze genetycznie zmodyfikowane bez uzyskania zezwolenia, o którym mowa w przepisach rozporządzenia nr 1829/2003, albo dokonuje tej czynności niezgodnie z warunkami określonymi w tym zezwoleniu,
17) wytwarza, wprowadza do obrotu lub stosuje w żywieniu zwierząt materiały paszowe z grup, o których mowa w art. 24 ust. 1, niedopuszczone do obrotu w Unii Europejskiej,
18) będąc wytwórcą pasz leczniczych przeznaczonych do obrotu, wytwarza, przechowuje, wprowadza do obrotu lub transportuje te pasze lub produkty pośrednie niezgodnie z wymaganiami określonymi w art. 16 ust. 1, 2 lub 4, w art. 18 ust. 1 lub w przepisach wydanych na podstawie ust. 4, art. 20 ust. 1 lub art. 22 ust. 1,
19) będąc wytwórcą pasz leczniczych nieprzeznaczonych do obrotu, wytwarza i przechowuje te pasze niezgodnie z wymaganiami określonymi w art. 17 ust. 1–3 lub w art. 18 ust. 2 lub w przepisach wydanych na podstawie ust. 5,
21) nie znakuje wprowadzanych do obrotu materiałów paszowych, mieszanek paszowych lub pasz leczniczych albo znakuje je niezgodnie z wymaganiami określonymi w art. 30 ust. 2 lub w przepisach wydanych na podstawie art. 30 ust. 8,
23) stosuje w żywieniu zwierząt pasze niespełniające warunków określonych w ustawie w celach innych niż do badań naukowych lub bez powiadomienia powiatowego lekarza weterynarii,
25) nie informuje powiatowego lekarza weterynarii o tym, że pasza lub pasza lecznicza, niespełniające wymagań określonych w ustawie, mogą stwarzać poważne zagrożenie dla zdrowia ludzi, zwierząt lub dla środowiska
– podlega karze grzywny.
2. W sprawach, o których mowa w ust. 1, orzeka się na podstawie przepisów o postępowaniu w sprawach o wykroczenia.

Co było przed rokiem 2006? - czyli krótka historia antybiotyków paszowych

Regulacje prawne nt. antybiotyków paszowych po raz pierwszy wprowadzono w latach 50. XX wieku. Nie mogły one być wchłaniane z przewodu pokarmowego i kumulować się w mięsie, jajach, mleku (mowa tu o stosowanych wtedy penicylinie, czy tetracyklinach).
Antybiotyki paszowe stosowano głównie w celu zwiększenia przyrostu masy ciała zwierząt (stąd ich inna nazwa – antybiotykowe stymulatory wzrostu – ASW) , co oczywiście przekładało się na większe zyski hodowców.
Niestety, szybko okazało się, że stosowanie ASW ma też swoje ciemne strony. W 1997 r. Komisja Europejska opublikowała raport dotyczący zagrożeń związanych z antybiotykami paszowymi. Było to głównie szybsze rozprzestrzenianie się opornych bakterii u zwierząt. W związku z tym w 1999 r. wycofano z użycia niektóre ASW (bakcytracynę cynku, spiromycynę, wirginiamycynę i fosforan tyrozyny), aż właśnie DOPIERO w 2006 r. wszedł całkowity zakaz stosowania ASW w żywieniu zwierząt. Ponadto od 2004 r. w Polsce co roku opracowywany jest Krajowy Plan Urzędowej Kontroli Pasz mający na celu m.in. wykrywanie substancji przeciwbakteryjnych w paszach i wodzie.**

W Unii Europejskiej antybiotyki paszowe można stosować JEDYNIE w celach leczniczych, ale nawet wtedy nie ma powodów do obaw, ponieważ obowiązuje coś takiego jak okres karencji (czyli odpowiedni czas, jaki musi upłynąć przed ubojem, dający pewność, że mięso będzie wolne od zastosowanych leków). Nie musisz się więc bać, że kupisz w sklepie karkówkę, piersi kurczaka, antrykot, czy cokolwiek innego nafaszerowane antybiotykami i hormonami.

Obecnie zamiast antybiotyków stosuje się bezpieczne zamienniki

Oczywiście, zakaz stosowania ASW w żywieniu zwierząt przyniósł hodowcom niewyobrażalne straty. Konieczne więc było znalezienie alternatywnych sposobów na uzyskiwanie podobnych wyników. Oprócz poprawy warunków chowu zwierząt, lepszych programów profilaktycznych oraz optymalnego żywienia, zaczęto stosować bezpieczne dodatki paszowe, mające podobne działanie, co antybiotyki, ale nie dające skutków ubocznych. Takimi dodatkami są m.in. mikroelementy (cynk, miedź, selen), olejki eteryczne (oregano, anyżkowy, cytrusowy), ekstrakty z roślin, czy probiotyki, prebiotyki i zakwaszacze.**

Polska a np. Stany Zjednoczone

O ile, jak widzisz, w Polsce (i w całej Unii Europejskiej) prawo jest dosyć surowe, o tyle np. w USA zarówno hodowcy, jak i producenci mogą pozwolić sobie na znacznie więcej: w Polsce dozwolonych jest niespełna 300 dodatków (czyli różnych „E”), podczas gdy w Stanach aż… 1000!
W USA pozwalają nawet na hormony wzrostu (somatotropinę), co u nas jest niedopuszczalne. Gdy ktoś Ci więc mówi o niezliczonych ilościach chemicznych dodatków, zastanów się, czy nie ma na myśli właśnie krajów zachodnich (choć nawet i tam raczej nie ma powodów do obaw, ponieważ i tak obowiązuje okres karencji).

Ustawy są nudne… ale czasem warto je czytać

Rozporządzeń dot. bezpieczeństwa żywności pochodzenia zwierzęcego jest mnóstwo. Uwierz mi, że studiując na kierunku Bezpieczeństwo i Produkcja Żywności i pracując w sanepidzie, musiałam przeczytać nie jedną ustawę, rozporządzenie, czy dyrektywę nt. zasad postępowania przy obrocie żywności.
Nie chcę Cię jednak teraz zanudzać ilością aktów prawnych, które to regulują - wystarczy, że zapamiętasz tę jedną powyższą, najważniejszą w dzisiejszym temacie. Sama zresztą pamiętam, że musiało minąć sporo czasu, żebym nauczyła się czytać ustawy (wejdź w link do tej, którą podałam, a zobaczysz, że nie jest ona aż tak ekscytująca, jak krótka puenta, która z niej płynie!).

Czytanie ustaw jest żmudne i nudne – ale czasem warto się przyłożyć, by wyciągnąć z nich naprawdę ważną informację – np. o tym, że mięso, które jesz na terenie Unii Europejskiej, jest bezpieczne i wolne od hormonów, antybiotyków itd.

Bardziej zanieczyszczone są… rośliny

Skoro już mowa o zagrożeniach i zanieczyszczeniach w żywności, to warto zdać sobie sprawę, że najwięcej dostarcza ich żywność pochodzenia… roślinnego:
Warzywa ze względu na stały kontakt z glebą w znacznym stopniu kumulują metale ciężkie. Azotany (III) i azotany (V) obecne są również w żywności, szczególnie pochodzenia roślinnego, głównie ze względu na stosowanie nawozów mineralnych, ich obecności w wodach powierzchniowych zanieczyszczonych ściekami komunalnymi i przemysłowymi, odchodami zwierzęcymi oraz opadami atmosferycznymi. (…) Większość zagrożeń chemicznych wykrywanych w żywności należy do grupy skażeń trudnych lub wręcz niemożliwych do uniknięcia.***
Nic dodać, nic ująć…
No więc następnym razem, gdy ktoś zaatakuje Cię argumentem, że jesz skażone, pełne toksycznych substancji mięso, to powiedz mu o ustawie o paszach z 2006 r. oraz dodaj coś jeszcze na temat jego „czyściutkiej, zdrowej” sałatki. ;-)


* Ustawa z dnia 22 lipca 2006 r. o paszach: http://prawo.sejm.gov.pl/isap.nsf/download.xsp/WDU20061441045/T/D20061045L.pdf
** Ewa Bartosińska, Antybiotyki w paszach: http://agromaniak.com/pl/254/drukuj-artykul.html 
*** Barbara Sałata, Zapewnienie bezpieczeństwa i higieny produkcji żywności w gospodarstwie, Radom 2014, str. 12:  http://www.agrofagi.com.pl/plik,514,zapewnienie-bhp-w-gospodarstwie-pdf.pdf

4 maj 2018

Dlaczego nie każda z nas powinna ćwiczyć na siłowni?

Coraz więcej kobiet zaczyna ćwiczyć na siłowni; niektóre świadomie, a niektóre niekoniecznie. Czasem nie mogę patrzeć, jak kobieta mająca do zrzucenia dobre 20 kg robi martwy ciąg albo jak pani z dużymi udami skupia się na ćwiczeniu mięśni nóg…

Czy siłownia jest dla Ciebie, a może wręcz przeciwnie? W dzisiejszej notce dokładnie wyjaśnię Ci, czy w ogóle powinnaś ćwiczyć na siłowni, a jeśli tak – to na jakie konkretnie partie, a na jakie na pewno nie (aby nie popsuć swoich rezultatów).

Dla kogo cardio, a dla kogo ćwiczenia siłowe?

Wyróżniamy dwa rodzaje ćwiczeń: aerobowe (cardio) oraz anaerobowe (siłowe).  W uproszczeniu można powiedzieć, że zależnie od tego, ile ważysz, powinnaś skupić się na innych ćwiczeniach. Dopasuj siebie do którejś z trzech poniższych sytuacji i sprawdź, co powinnaś ćwiczyć, aby uzyskać najlepsze rezultaty:

1. Nadwaga – skup się na cardio

Jeśli póki co masz do zrzucenia jeszcze dużo kilogramów, to powinnaś skupić się na ćwiczeniach cardio (czyli wszystkich „skocznych” ruchach). 

W Twoim przypadku dźwiganie ciężarów byłoby bardzo złym pomysłem. Dlaczego? - Ponieważ dzięki ćwiczeniom siłowym rozwinęłabyś masę mięśniową, przez co stałabyś się jeszcze większa. Dla osób z nadwagą, które już są zbyt duże, jest to najgorsza rzecz, jaka może je spotkać. Dopóki więc nie osiągniesz prawidłowej wagi odpuść sobie siłownię i skoncentruj się na cardio. Twoim celem powinno być spalanie dużej ilości kalorii. Najlepsze są ćwiczenia mało i średnio intensywne, ale długotrwałe (np. godzinę dziennie).

Dopóki nosisz rozmiar XL, wręcz NIE MOŻESZ wykonywać ćwiczeń siłowych, nawet brzuszków – lepiej w tym czasie pobiegaj, poskacz na macie albo potańcz

ĆWICZENIA SIŁOWE MOŻNA WYKONYWAĆ TYLKO, GDY:


2. Waga w normie – włącz ćwiczenia siłowe na ściśle określone partie

Jeśli należysz już do szczęśliwego grona kobiet o prawidłowej wadze ciała, to wtedy powinnaś ćwiczyć siłowo, aby wymodelować sylwetkę i poprawić proporcje ciała, ALE nie wszystkie ćwiczenia są dla Ciebie. Powinnaś wykonywać głównie ćwiczenia izolowane i to też ściśle określone, w zależności od typu sylwetki:

Jeśli masz już wagę w normie, to powinnaś ćwiczyć siłowo w celu uzyskania ładnych proporcji ciała – takich, jak ma klepsydra

  • Jabłko – nie ćwicz górnych partii ciała (rąk, klatki, barków, a już na pewno nie pleców), a raczej skup się na partiach dolnych, aby je optycznie powiększyć i poprawić proporcje w stosunku do górnych.
    Możesz śmiało wykonywać przysiady z obciążeniem, wykroki, odwodzenia, przywodzenia i wszystkie inne ćwiczenia na nogi i pośladki.
  • Gruszka – odwrotnie do jabłka – ćwicz tylko górne partie ciała, szczególnie klatkę piersiową i mięśnie naramienne (barki).

    Kobiety na siłowni robią najczęściej na odwrót, dlatego skup się i zapamiętaj: mając duże uda nie powinnaś ćwiczyć nóg, lecz właśnie górne partie ciała. Mam nadzieję, że pamiętasz, jak pisałam, że nie można schudnąć punktowo (ćwicząc siłowo np. nogi nie sprawisz, że to właśnie z nich stracisz tkankę tłuszczową). Punktowo można tylko dodawać (mięśnie), dlatego mając problem z za dużymi udami, lepiej skupić się na powiększeniu górnych partii, aby poprawić ogólne proporcje ciała i optycznie zmniejszyć kłopotliwe miejsca. Trening siłowy nóg, gdy już masz za duże nogi, dałby Ci efekty odwrotne do zamierzonych.
  • Banan – powinnaś skupić się na ogólnym poprawieniu proporcji górnych i dolnych partii ciała (aby optycznie wysmuklić talię): polecam ćwiczenia siłowe na takie strategiczne partie jak pośladki, klatka piersiowa oraz barki.
  • Niska – dodatkowo jeśli nie jesteś zbyt wysoka, to nie powinnaś ćwiczyć nóg, w myśl zasady: „jak coś jest krótsze, to wydaje się grubsze”.
Ja np. jestem typem gruszki, więc siłowo ćwiczę tylko górne partie ciała. Na co dzień oczywiście skupiam się na ćwiczeniach cardio (aby utrzymać wagę), a na siłowni ćwiczę raz w tygodniu. Wydaje się, że rzadko, ale uwierz mi, tyle wystarczy. Włókna mięśniowe angażowane przy ćwiczeniach siłowych regenerują się bowiem dłużej (kilka dni) niż te pracujące podczas ćwiczeń cardio.

3. Niedowaga – ćwicz siłowo na duże partie mięśni

Gdy zaś jesteś bardzo chuda (wychudzona), to wręcz powinnaś ćwiczyć na siłowni. Najbardziej odpowiednie będą dla Ciebie ćwiczenia angażujące duże partie mięśniowe, czyli: martwy ciąg, wiosłowanie, wyciskanie sztangi, czy przysiady. Dzięki temu cała staniesz się większa i nikt Ci już nie powie, że wyglądasz jak patyk.

Jak poprawnie wykonywać ćwiczenia siłowe?

Wykonanie wszystkich opisanych ćwiczeń znajdziesz np. na tej stronie (na nagraniach są mężczyźni, ale to nie ma znaczenia – wiadomo, kobiety są słabsze, ale mięśnie mają w tym samym miejscu, więc śmiało możesz korzystać z zawartych tam porad).
Przeczytaj też: Kobieta na siłowni - 11 praktycznych porad dla początkujących

Na każdym etapie potrzebujesz nieco innych ćwiczeń

Ćwiczenia siłowe są wspaniałym narzędziem do modelowania sylwetki; kulturystyka to taki rzeźbiarz, który sprawdza się idealnie, ALE dopiero pod koniec drogi po wymarzoną sylwetkę

Podsumowując, ćwiczenia siłowe są dobrym uzupełnieniem treningu, ale trzeba wiedzieć kiedy i jak je robić. Nie zawsze i nie dla każdego są dobre. Powinny je stosować osoby, które są zbyt chude i chcą "przytyć", albo te, które mają już prawidłową wagę i chcą lepiej wymodelować sylwetkę (stosując tylko takie ćwiczenia, jakie są im potrzebne). Dopóki zaś borykasz się z nadwagą nawet nie myśl o ćwiczeniach siłowych, tylko marsz na jakieś cardio!

19 kwi 2018

Jak przestać podjadać między posiłkami? – 8 rad

Przeszłaś na dietę niskowęglowodanową, trochę już schudłaś, zmniejszył Ci się apetyt, a jednak wciąż masz nieodpartą ochotę na podjadanie? Ciągle Ci mało i wiesz, że właśnie przez to nie możesz stracić tych ostatnich nadprogramowych kilogramów?
W dzisiejszej notce podrzucę Ci kilka tricków, dzięki którym „zaoszczędzisz” trochę kalorii (by wytworzyć w organizmie ujemny bilans kaloryczny) i będziesz mogła nadal tracić na wadze.

1. Nie kupuj słodyczy na zapas

Podjadając najczęściej sięgamy po słodycze, dlatego lepiej nigdy nie kupuj ich na zapas, na kilka dni… bo na pewno tyle nie wytrzymają. To chyba najważniejsza rada, która zadziała nawet, jeśli nie masz zbyt silnej woli (zresztą, kto by ją miał, gdyby w szufladzie „marnowały się” ulubione smakołyki). Nie kupuj więc słodyczy na zapas, byś w krytycznej chwili (czyli w momencie, w którym będziesz chciała zjeść dużo za dużo, a wokół nie będzie żadnych świadków) nie miała się po prostu za co zabrać.

Musisz uchronić się przed sytuacją, w której stajesz sam na sam z szufladą pełną pyszności - to wszystko dla Twojego dobra, o którym ZAPOMINASZ w tak „błogim” momencie.

Być może nikt Cię nie widzi, gdy podjadasz, ale uwierz mi, że Twoje dodatkowe kilogramy zobaczą już wszyscy!


2. Pij wodę!

Zanim ulegniesz pokusie podjadania, spróbuj napić się wody. Czasem nawet nie czujemy, że chce nam się pić, tylko od razu sięgamy po coś do jedzenia. Dzięki szklance wody możesz zapobiec utajonemu odwodnieniu, a poza tym zapełnisz trochę żołądek i jest szansa, że nie będziesz już chciała podjadać - tak jak w kawale o głodnym przybyszu:
Syberia, do chaty Ruska wchodzi wycieńczony Polak i prosi:
- Dobry człowieku, od trzech dni nic nie jadłem, daj mi chociaż kawałek chleba.
- Dobrze, ale najpierw wypij szklankę wody.
Polak szybko wypił, po czym Rusek daje mu drugą, trzecią, czwartą i dziesiątą szklankę do wypicia i na koniec mówi:
- No, to teraz dam ci chleb i kiełbasę.
- Nie, nie, nie, już nic nie zmieszczę!
- Widzisz, Tobie się pić chciało, a nie jeść!
Jeśli nie jesteś jeszcze przyzwyczajona do picia czystej wody, może to być woda gazowana, z cytryną, czy listkiem mięty.

3. Spróbuj czegoś „mocniejszego” do picia

Jeśli woda nic nie da, to wtedy zaparz sobie kawę lub herbatę. Kawa/herbata zmniejsza apetyt i daje uczucie sytości, więc nawet po małej filiżance (może z odrobiną mleka) powinnaś zapomnieć o podjadaniu. (Pamiętaj jednak, aby nie pić kawy/herbaty zbyt dużo, bo może to dać efekty odwrotne do zamierzonych).

Jeśli zaś masz ochotę na coś, co „przypomina” jedzenie, to świetnym pomysłem jest napicie się gorącego rosołu (ja np. uwielbiam taki gotowany na skrzydełkach); ma bardzo mało kalorii, a jest przy tym bardzo odżywczy i satysfakcjonujący.

Lekki rosół na skrzydełkach to świetny sposób na „posiłek”, gdy czujesz się nieco głodna, a wiesz, że już prawie wykorzystałaś swój limit kalorii na dziś

4. Zadaj sobie pytanie: „Czy jestem głodna?”

Zanim włożysz coś do ust, zapytaj siebie wprost: „Czy jestem głodna?” - Być może odpowiedź będzie brzmiała: „Nie, przecież dopiero coś jadłam!”. Rozmawiaj ze sobą o faktach, to pomaga. Najlepiej powiedz też na głos: „Nie będę teraz nic jadła, nie jestem przecież głodna.”

5. Zajmij się czymś

Bezczynność niebezpiecznie wzmaga apetyt… Przez lenistwo możesz wiecznie czuć się głodna, więc radzę Ci uważać! ;-)
Oczywiście, trudno mówić o zajęciu się CZYMŚ, gdy masz nieodpartą chęć na przekąszenie rozpływającego się w ustach batonika albo zagryzienie chrupiących chipsów, ale - mimo wszystko – spróbuj zająć się czymś, co odwiedzie Cię od chęci podjadania: może trzeba posprzątać biurko, poukładać papiery, może gdzieś zadzwonić, umyć wannę, naczynia, pomalować paznokcie albo wyrzucić śmieci? - Na pewno znajdzie się coś do zrobienia!

Powtarzam, rozejrzyj się wokół: może jest do zrobienia coś pilniejszego niż opróżnienie lodówki?

6. Umyj zęby lub żuj gumę

Jeśli koniecznie musisz włożyć coś do ust i masz wrażenie, że powinny to być niezdrowe przekąski, a nie żadna kawa, czy rosół, to w tej chwili wstań i idź umyć zęby, a jeśli nie jesteś w domu – kup sobie miętową gumę do żucia. Fakt, może guma nie jest dobra na zęby, ale i tak jest lepsza niż cukier ze słodyczy, a poza tym nie ma kalorii, więc nie zrobi krzywdy Twojej sylwetce tak, jak zrobiłyby to te wszystkie kaloryczne przekąski (tak, tak – te, o których właśnie myślisz!).

7. Nic nie pomaga? - no to czas się ruszyć!

Jeśli wszystkie powyższe punkty zawiodły, to zanim się poddasz, spróbuj ostatniego sposobu, a mianowicie… chwilę się poruszaj! Pewnie myślisz, że zwariowałam, ale TO naprawdę działa! Ruch zmniejsza apetyt, więc jeśli nie jesteś naprawdę głodna, a masz tylko chwilową zachciankę, to 15-minutowy taniec/aerobik (np. pajacyki, czy zwykłe podskoki na boki) powinien Cię uratować!

Ja np. niedaleko lodówki mam radio, więc sprawa jest prosta: zamiast otwierać lodówkę włączam radio i bez chwili zastanowienia (tak – bez chwili zastanowienia, bo inaczej nie wiadomo, co może wpaść do głowy!) tańczę do piosenki, którą usłyszę. Taki ruch może przemienić się w dłuższe ćwiczenia i wtedy wiedz, że zdałaś egzamin i zyskałaś podwójnie! - Nie dość, że nie podjadłaś (nie dostarczyłaś kalorii), to jeszcze się poruszałaś (spaliłaś kalorie!). Dzięki ruchowi możesz szybko poczuć, że wcale nie byłaś naprawdę głodna, ba! możesz nawet poczuć, że jesteś najedzona.

Ruch jest najlepszym sposobem na ZAPOBIEGANIE podjadaniu, więc ZANIM zaczniesz wariować na myśl o jedzeniu, lepiej zacznij się ruszać (pamiętaj, nawet najgłupsze taniec i miny są lepsze niż podjadanie)!

8. Zobacz, jak to się może skończyć...

Jeśli żadna z powyższych rad nie uchroniła Cię przed podjadaniem, to mam dla Ciebie już naprawdę ostatnią deskę ratunku, czyli groźbę: wejdź na tę stronę i zobacz, jak wyglądają dziś gwiazdy, których jeszcze niedawno nikt nie podejrzewałby o tak radykalną zmianę... Nie wiem, jak Ty, ale ja od razu tracę apetyt… Najlepiej powieś sobie wybrane zdjęcie na lodówce, by przypominało Ci, że nic nie dzieje się bez przyczyny.

* Postaw na mięsne przekąski

No dobra, jeśli naprawdę nic nie pomogło i stwierdziłaś, że jesteś już nieco głodna, to może jednak coś przekąś… Świetnym sposobem na poskromienie apetytu jest mięso, bo ma stosunkowo niedużo kalorii, a jednocześnie jest bardzo sycące. Warto, abyś zawsze miała w zanadrzu jakieś przyrządzone mięsko, np. podsmażone z obiadu piersi kurczaka, upieczony schab, czy gulasz, które są pyszne nawet na zimno. Zauważyłam, że jeśli mam w lodówce coś z tych rzeczy, to wolę JE podjeść, nawet zamiast czekolady!

Zawsze jest sposób – wystarczy trochę inicjatywy

Na pewno wiesz, że bardzo łatwo jest po prostu podejść do lodówki/szuflady i zacząć się czymś słodko objadać. Przerobiłaś to już pewnie nie raz, więc nawet nie muszę tego mówić... W takich momentach nie obchodzi Cię Twoja sylwetka ani praca, jaką dotychczas włożyłaś w to, aby się zmienić. Te momenty nie trwają jednak długo (ile może trwać opróżnienie pudełka ciasteczek?), a niestety zaraz po nich przychodzą te nieznośne wyrzuty sumienia i zły nastrój… Pamiętaj, że to ZAWSZE się tak kończy.

Na szczęście dieta, którą Ci proponuję nie jest tak bardzo restrykcyjna (możesz na niej zjeść coś słodkiego, byleby nie przekroczyć maks. 70 g węgl./dzień), więc nie musisz całkowicie zapominać o wszystkich „rozkoszach”, które znasz od zawsze. Chodzi tylko o to, abyś znała umiar (a jedząc węglowodany bardzo łatwo o nim zapomnieć!). Ja np. zjem sobie w ciągu dnia pół (albo i więcej) tabliczki czekolady (zobacz mój przykładowy jadłospis) i nadal mam dobre efekty. Ty też tak możesz.

Tylko Ty decydujesz, co włożysz do ust, więc pamiętaj, że gdy poczujesz, że przesadzasz – przestań! Wyjdzie Ci to na dobre i z czasem sama to zauważysz.