21 września 2018

Jak schudnąć ostatnie kilka kg?

Założę się, że było tak: postanowiłaś schudnąć (w tym celu zaczęłaś mniej jeść i/lub więcej się ruszać) i na początku pięknie traciłaś na wadze, dosłownie chudłaś w oczach. Potem jednak przyszedł czas, że waga stanęła na dobre, a Twój cały entuzjazm zniknął…
Jeśli właśnie jesteś na końcu swojej drogi po wymarzoną sylwetkę (tj. masz do zrzucenia ostatnie 4-5 kg – tak, jak ja miałam niedawno) i nie masz pomysłu, co dalej robić, to już spieszę z pomocą!

Im bliżej mety, tym trudniej

Hurra! Udało mi się wrócić do wcześniejszej wagi!
Pamiętasz, jak jakiś czas temu pisałam o swoim eksperymencie? Postanowiłam wtedy przybrać na wadze, aby zobaczyć, jak rozłożą mi się te dodatkowe kilogramy. Przytyć udało mi się bardzo łatwo (w ciągu trzech miesięcy przybrałam 5 kg, tj. 49 kg vs. 54 kg), ale eksperyment niestety nie dał zadowalających rezultatów (najbardziej przytyłam w biodrach, a w biuście praktycznie wcale :D), więc zaraz po napisaniu tamtej notki zabrałam się za powrót do wcześniejszej wagi. Jak się pewnie domyślasz, nie było to już tak łatwe, jak przytycie.

Dopiero po sześciu miesiącach udało mi się stabilnie ważyć 50 kg i wtedy też stwierdziłam, że na tym poprzestanę, bo właściwie ważąc 49 kg byłam trochę za chuda (poza tym mam teraz więcej mięśni, więc muszę ważyć nieco więcej). Achh, ale i tak przyznam, że było to wyzwanie.

Znajomi: „Przecież już nie musisz się odchudzać...”

Jak schudnąć, gdy już i tak ważysz mało i wszyscy wokół mówią Ci, że jest ok? - Odpowiedź brzmi: nie będzie łatwo. Od razu musisz sobie uświadomić, że będzie to czas, w którym będziesz chciała się poddać, bardzo poddać. Będziesz najbardziej głodna i najbardziej bezsilna.
Będzie to czas, w którym wszystko zależy od Twojej silnej woli. Znajomi będą mówić, że przesadzasz i już nie musisz chudnąć (pewnie trochę z dobrego serca, a trochę z zazdrości, że w ogóle tak świetnie Ci idzie) i Twój organizm też będzie jakiś taki „niechętny”.

Twój organizm też nie będzie Cię wspierał

Zastanawiasz się, dlaczego na końcu drogi jest prawie tak samo trudno, jak było w momencie podjęcia decyzji o odchudzaniu? Ponieważ w kwestii odchudzania Ty i Twój organizm to dwie odrębne „istoty”, które mają różne potrzeby. Twój organizm jest jak stróż, który chroni swój dobytek przed złodziejem, a Ty jesteś jak złoczyńca, który chce pozbawić go ostatnich zapasów (tak, tak, te znienawidzone przez Ciebie ostatnie kilogramy – np. boczki - to ostatnie zapasy, najcenniejszy magazyn energii dla Twojego organizmu. Nie dziw się więc, że nie chce go tak chętnie oddać).

Nie ma nic gorszego niż przyzwyczajenie – przyzwyczajenie do posiadania czegoś, chociażby tych ostatnich nadprogramowych kilogramów. Jak to się mówi: „ludzie mogą przyzwyczaić się do wszystkiego, tylko nie do zmian” – jak widać, organizm również.

To wszystko „dla Twojego dobra”

Jak z początku organizm się cieszy, że pozwalasz mu odetchnąć od nadmiaru kalorii i nadwagi (w końcu noszenie tak wielu nadprogramowych kilogramów nie jest dla niego przyjemne), tak pod koniec drogi chce jednak zachować coś na „wszelki wypadek”, dla Twojego dobra - zaczyna więc lepiej wykorzystywać dostarczane kalorie, oszczędza każdą, bo nie wie, czy jeszcze coś dostanie (a przecież jedzenie jest mu potrzebne, by utrzymać się przy życiu).
Dlatego na początku całkiem nieźle znosisz ucinanie kalorii; nie jesteś bardzo głodna i miło Ci się ćwiczy, ale pod koniec to wszystko nieco się zmienia. Ten zastój to właśnie Twoje największe wyzwanie.

Schudnąć 5 kg, gdy ważysz 100 kg to pestka, ALE gdy masz do zrzucenia 5 kg ważąc 55 kg to już inna sprawa (trzeba się nieźle postarać, bo organizm ZAWSZE chce zostawić sobie jakieś zapasy na czarną godzinę)

Jak pozbyłam się ostatnich kilogramów?

Po całym tym eksperymencie ważyłam właściwie tyle, ile „powinnam” ważyć wg norm (ok. 54 kg), ale dla mnie to za dużo – aby więc ważyć mniej, musiałam się nieźle napocić. By tracić na wadze, uderzyłam w obie strony bilansu kalorycznego (czyli zarówno w kalorie zjadane, jak i spalane). Zaczęłam więc jeść nieco mniej i ruszać się nieco więcej (i nie, nie – nie na odwrót! :D).

Jadłam nieco mniej

Jak jeść nieco mniej? - najlepiej z każdego posiłku odbierać trochę porcji (np. zamiast 3 kawałków karkówki na obiad zjadać 2, zamiast 6 plastrów sera do omletu dodawać 5 itp.). Albo tak jak ja – przestałam też jeść kolację. Zresztą, nigdy nie lubiłam jeść na wieczór (wolę się kłaść z pustym żołądkiem, bo wtedy milej mi się wstaje i rozkoszuje śniadaniem), choć w czasie tego eksperymentu niestety trochę się do tego przyzwyczaiłam – nic nie ma za darmo, więc zagryzłam zęby i powoli się odzwyczajałam.

Możesz też zastosować kilka tricków w kuchni, np.:
  • kup sobie mniejsze łyżeczki – dzięki temu będziesz dłużej nakładać coś na talerz i dzięki temu niezauważenie zjesz trochę mniej;
  • wybieraj mniejsze talerze – dzięki temu nawet jeśli zapełnisz cały po brzegi, to i tak będzie to mniejsza porcja;
  • nie kupuj zbyt wiele jedzenia na zapas – szczególnie takiego, które się szybko psuje i trzeba je zjeść na siłę, „bo szkoda, żeby się zmarnowało”;
  • nie kupuj słodyczy na zapas – bo tym bardziej nie pozwolisz na to, aby „marnowały się” w szufladzie;
  • więcej pij - np. zamiast sięgać od razu po jedzenie zaparz sobie najpierw ulubione ziółka, herbatę, kawę.
Musisz też nauczyć się nie podjadać – zobacz 8 porad



Pamiętaj też, że nigdy nie warto się głodzić, bo po pierwsze Twój organizm długo tego nie wytrzyma, a po drugie będziesz wydawała się anemiczna (i „głodna” na twarzy). Poza tym poprzez głodzenie się nigdy nie uzyskasz tak ładnej sylwetki, jak dzięki ćwiczeniom (mniej obwisłej skóry i bardziej apetyczne kształty).

Nie byłabym sobą, gdybym nie dodała, że ważyć mało bez bycia przesadnie wychudzoną, „wysuszoną”, najlepiej TYLKO odżywiając się niskowęglowodanowo. Na mojej diecie (opartej na produktach pochodzenia zwierzęcego) będziesz miała większą masę mięśniową, a mniejszą tłuszczową – dzięki temu Twoja sylwetka nie będzie typu „skinny fat”, lecz raczej jędrna i silna.

Ćwiczyłam nieco więcej

Żeby pozbyć się tych nowo nabytych kilogramów, czasem w ciągu dnia ćwiczyłam nawet dwa razy (w tym celu eksperymentowałam z różnymi sportami), do tego więcej chodziłam (jak wcześniej np. na uczelnię jeździłam autobusem, a tylko wracałam na nogach, tak teraz w obie strony szłam pieszo – przy okazji zaoszczędziłam na biletach :D).

Jak jeszcze spalać więcej kalorii:
  • ruszaj się przy każdej możliwej okazji – chodź na zakupy zamiast jeździć, tańcz przygotowując obiad, zrezygnuj z windy, oglądaj telewizję chodząc w miejscu itp. - zobacz 5 pomysłów na ruch, gdy nie masz czasu ćwiczyć;
  • znajdź swój nowy ulubiony sport, poeksperymentuj – może jazda na rolkach (gorąco polecam!), gra w tenisa, czy zumba (sama się ostatnio zapisałam i po godzinie skocznych tańców wychodzę z sali mokra od stóp do głów);
  • kup sobie wymarzony strój do ćwiczeń, by zachęcił Cię do ruchu;
  • zaopatrz się w opaskę od potu (na rękę lub/i głowę) i ustal sobie, że dopóki jej nie przepocisz, to ćwiczysz dalej;
  • zainwestuj w bieżnię lub rowerek stacjonarny - lato powoli się kończy, więc zanim dopadnie Cię jesienne przygnębienie, przygotuj sobie sprzęt do ćwiczeń w domu, na który będziesz mogła wskoczyć w każdej wolnej chwili, nawet jeśli będzie to tylko 10 minut rano i 5 wieczorem – gdy zresztą kupisz drogi, porządny sprzęt, to będziesz musiała go używać - jak w końcu tyle pieniędzy mogłoby się zmarnować?!



A więc połączyłam dietę niskowęglowodanową z różnego rodzaju ruchem

Podsumowując, aby stracić na wadze, musiałam nieco mniej jeść: ograniczałam węglowodany do maks. 40 g/dzień (bo większa ilość potrafi niebezpiecznie podnieść apetyt) i nie jadłam wieczorami (a w czasie eksperymentu zajadałam się przed snem i chodziłam spać z pełnym brzuchem). Nie głodziłam się przesadnie i postanowiłam poeksperymentować z ruchem (rano np. aerobik, a wieczorem bieganie/rolki/tańce). Dzięki temu udało mi się osiągnąć mocno ujemny bilans kaloryczny i dlatego traciłam na wadze.

Krok po kroku wróciłam do swojej wcześniejszej wagi i znów czuję się dobrze w swoim ciele. Jak widzisz, nie napisałam Ci o żadnych magicznych sposobach – niestety, musiałam porządnie wziąć się do roboty, żeby ujrzeć zamierzone rezultaty. Tobie radzę to samo, bo to raczej jedyna skuteczna droga.

Zadałam sobie kluczowe pytanie: „Co będzie Ci trudniej znieść?”

To chyba najważniejszy akapit tej notki: otóż jeśli chcesz schudnąć ostatnie 4-5 kg zastanów się, co jest dla Ciebie ważniejsze: ładna sylwetka oraz duma, że się nie poddałaś i osiągnęłaś swój cel, CZY wygoda leżenia na kanapie i nieodmawianie sobie pysznych dodatkowych porcji? Ja np. wolę „cierpieć” ćwicząc i odmawiając sobie kolejnej porcji niebiańskich pyszności, niż iść spać z myślą, że znów poszłam na łatwiznę. A Ty?

„No dobrze, ale co to znaczy „nieco”? I gdzie jakieś konkretne liczby?!”

Coś czuję, że po przeczytaniu tej notki trochę się oburzyłaś: dlaczego nigdzie nie znalazłaś żadnych konkretnych liczb, tylko jakieś głupie „nieco”?! - A bo tak sobie tylko gadam i naprawdę to nie wiem, ile masz uciąć tych kalorii… :D Tak poważnie, to przy traceniu na wadze organizm zaczyna się różnie zachowywać (nie można wciąż tracić na wadze ucinając taką samą ilość kalorii, bo z biegiem czasu ta sama kaloria, załóżmy z tego samego plastra sera, jest inaczej wykorzystywana – organizm „wyciąga” z niej więcej niż wcześniej).

To moje „nieco” jest więc po to, aby uniknąć niepotrzebnych kłótni z wagą. Wyobraź sobie taką sytuację: wszystko skrupulatnie liczysz i z Twoich obliczeń wynika, że powinnaś ważyć mniej; jednak stajesz po kilku dniach na wadze, a ona bezczelnie pokazuje Ci takie same (lub nawet większe) liczby. Co wtedy robisz? - Zaczynasz się oburzać i przeklinać ten niewinny przyrząd, który
przecież pokazuje Ci tylko rzeczywistość - tak, smutną rzeczywistość, ale mimo wszystko prawdziwą. Aby uniknąć takich sytuacji, musisz pamiętać o dwóch rzeczach:
  1. po pierwsze o tym, że prawie nikt nie liczy dobrze kalorii zjadanych i spalanych, bo to niemożliwe (chyba, że jest się podłączonym w laboratorium do aparatury za dobre kilkadziesiąt tysięcy złotych);
  2. po drugie, że to WAGA WIE LEPIEJ, czy miałaś ujemny bilans kaloryczny (wtedy pokazuje mniejsze liczby), czy nie (wtedy pokazuje większe liczby). To waga zawsze ma rację (o ile nie jest zepsuta), nie Ty.
To waga Tobie powie, czy miałaś ujemny bilans, a nie Ty wadze, że (wg Twoich obliczeń) „powinnaś” go mieć
Powiem szczerze, że ja nigdy nie liczyłam kalorii w dosłownym tego słowa znaczeniu (nie zapisywałam każdego włożonego do ust produktu i nie porównywałam kalorii zjadanych do spalanych), bo wiedziałam, że i tak się pomylę. Wystarczyło, że odmawiałam sobie trochę porcji z posiłków, do tego więcej się ruszałam i dopiero w czasie ważenia (ważyłam się raz w tygodniu) dowiadywałam się, czy robię wszystko jak trzeba, czy może mam jeszcze bardziej zmniejszać porcje i jeszcze więcej się ruszać. (Myślę, że zjadałam dziennie ok. 2100 kcal, a spalałam ok. 2800 kcal, ale nie wiem na pewno – grunt, że chudłam).

Gdybym skupiała się na samym liczeniu kalorii, mogłabym nadal kłócić się z wagą o rację i ciągle byłoby 1:0. Dla wagi.


7 września 2018

Jaka dieta niskowęglowodanowa jest dobra? - 6 zasad

Niskowęglowodanowa, niskowęglowa, ketogeniczna, keto, low-carb, lchf – jest wiele określeń diety polegającej na ograniczaniu węglowodanów. Ale o co konkretnie w niej chodzi i czy w ogóle wszystkie są takie same?

Ostatnio dieta niskowęglowodanowa staje się coraz bardziej modna. Sposób odżywiania się, to co prawda coś innego niż sposób ubierania, a jednak – na diety też jest moda. Jak na modę przystało, nigdy nie może być nudno, więc wymyślono też wiele odmian tej diety.

Jak nie zagubić się w całym tym gąszczu i odnaleźć prawidłową (czytaj: korzystną dla zdrowia) dietę niskowęglowodanową? Zaraz podpowiem Ci, jakie wymagania powinna spełniać dieta, którą bez obaw możesz stosować na dłuższą metę.

6 zasad

Dieta, którą poniżej opiszę to: niskowęglowodanowa, wysokobiałkowa, wysokotłuszczowa oparta na produktach pochodzenia zwierzęcego. Nie jest to moje widzimisię, lecz dane oparte na faktach.
Tak żywił się człowiek od czasów prehistorycznych (ok. 2 mln lat*) i tak żywią się dziś społeczeństwa charakteryzujące się najlepszym stanem zdrowia (choć niestety są coraz bardziej wypierane przez cywilizację). Słuszność takiego sposobu odżywiania potwierdzają również rzetelne badania naukowe i epidemiologiczne, a także podręczniki z biochemii i fizjologii człowieka. Dołączam do tego swoje 6-letnie doświadczenie.

1. Węglowodany nie powinny przekraczać maks. 70g/dzień

Zacznijmy od tego, co to jest w ogóle dieta niskowęglowodanowa. Dieta ta polega na ograniczaniu węglowodanów. Niektórzy jednak jedzą ok. 200 g węgl./dzień i wydaje im się, że są na diecie niskowęglowodanowej. Niestety, nie do końca. Prawdziwa dieta niskowęglowodanowa to taka, na której jesz do maksymalnie kilkudziesięciu węglowodanów na dzień. Najlepiej do ok. 70 g, ponieważ jest to górna granica, przy której poziom cukru we krwi jest unormowany oraz nie zachodzą jeszcze procesy lipogenezy, czyli nadmiernego nabierania tkanki tłuszczowej. Jak mówi dr Lutz:
Liczba ta [72 g] nie została wymyślona - oszacowano ją na podstawie pomiarów stężenia glukozy we krwi pacjentów przejawiających oporność insulinową.**
Przy takiej ilości węglowodanów powinnaś odczuć więcej energii na co dzień, zdrowszy, bardziej unormowany apetyt i inne korzyści. Przy większych ilościach – około tych 200 g - odniesiesz mniej korzyści (ale lepiej oczywiście jeść 200 g niż 400, bo, jak to mówi mój chłopak: „zła dieta w porównaniu z bardzo złą, jest dobra”).
Pamiętajmy, że to, co jest dziś uważane za "dietę normalną", zostało ustanowione na podstawie ograniczonych danych, te zaś uzyskano dopiero, kiedy ludzie przywykli do nadmiernie węglowodanowego sposobu odżywiania. Gdybyś mógł się przenieść w czasy przed powstaniem współczesnej cywilizacji przekonałbyś się, że ketoza była bardziej naturalnym stanem metabolicznym. Tym samym obecny stan metaboliczny większości ludzi należałoby uznać za nienormalny.**

2. Powinna być oparta na produktach zwierzęcych (a nie roślinnych)

Googlując zasady diety niskowęglowodanowej, najczęściej trafiasz na strony, gdzie zaleca się jeść głównie warzywa i owoce. Na każdym kroku natykasz się na kokos, awokado, orzechy i inne rośliny.

Zastanówmy się: główną cechą warzyw i owoców jest to, że zawierają przede wszystkim węglowodany, a nie mają białka i tłuszczu. Jak więc takie produkty miałyby być podstawą diety, która polega właśnie na ograniczaniu węglowodanów? Coś tu się nie zgadza. Nie ma innych produktów, które po prostu NIE ZAWIERAJĄ węglowodanów z natury? Są! Produkty zwierzęce! - Bogate głównie w białko i tłuszcz, a ubogie w węglowodany. Bingo!

Na dłuższą metę tylko dieta oparta właśnie na produktach pochodzenia zwierzęcego (czyli mięsie, jajach i nabiale) jest w stanie zapewnić Ci pełen pakiet potrzebnych składników odżywczych.

Ktoś, kto poleca Ci dietę niskowęglowodanową opartą na roślinach jest poważnie rozdarty: z jednej strony już nie chce jeść węglowodanów, a z drugiej wciąż opiera się na grupach produktów, które z natury zawierają właśnie węglowodany

Obecnie jestem w trakcie pisania pracy inżynierskiej na temat odżywiania społeczeństw autochtonicznych (Eskimosi, Masajowie, Aborygeni itp.). Z poznanych mi badań i literatury wynika, że populacje, które żywią się głównie produktami pochodzenia zwierzęcego, są wolne od większości chorób; nie mają próchnicy zębów, nie cierpią na cukrzycę, nadciśnienie, nowotwory, czy choroby serca (a przecież „powinny”). Co ciekawe, jest wiele plemion na świecie, które żywią się samymi produktami zwierzęcymi. Nie ma zaś ani jednego, które żywiłoby się samymi roślinami.***

Tylko produkty pochodzenia zwierzęcego mają wszystkie potrzebne witaminy i składniki mineralne. Posłużę się cytatem:
(…) Co ważniejsze, są witaminy i kofaktory, które możemy pobrać jedynie z pokarmów pochodzenia zwierzęcego. Znaczy to, że jeśli nie jesz takich pokarmów, to prawdopodobnie pojawi się u ciebie niedobór tych składników. W celu zapobieżenia temu niedoborowi możesz oczywiście przyjmować jakiś uzupełniający preparat farmaceutyczny, ale metoda ta nie jest tak skuteczna, jak naturalne połączenie pokarmów zwierzęcych z roślinnymi. 
Nie zrozum nas źle: wcale nie sugerujemy, byś zrezygnował z owoców i warzyw. Po prostu nie jedz więcej niż 72 gramy węglowodanów dziennie - w dowolnej formie! Jeśli w twoim wypadku oznacza to konsumowanie mniejszej ilości owoców, to namawiamy, byś tak zrobił. Twoje zdrowie na tym skorzysta.**

3. Podstawą powinno być mięso

Skoro już wiemy, że rośliny nie powinny być podstawą diety niskowęglowodanowej, to może jajka? Nie, lepiej też nie, choć znane są diety oparte głównie na jajkach (sama byłam na takiej przez rok – jadłam 7-8 jajek dziennie - i nie czułam się po tym czasie najlepiej).
Jedzenie dużych ilości jajek nie jest naturalne; człowiek nigdy w toku ewolucji nie jadł ich zbyt wiele, nie jest więc do tego przystosowany. Teraz mamy kury nioski, ale kiedyś, od dzikiego ptactwa, trudno byłoby zdobyć jajka. Dziki ptak nie składa przecież jaj tak, by ktoś mu je wykradł i wyjadł, bo cały gatunek szybko by wyginął. Taki człowiek pierwotny nie mógł znajdywać ich dużo, były więc tylko dodatkiem.

Jajka są dobrym uzupełnieniem, bo składem biochemicznym przypominają mięso, ale nie powinny stanowić podstawy diety. Poza tym zawierają ogromne ilości mikroelementów (witamin, składników mineralnych), które łatwo przedawkować i w dłuższej perspektywie czasu nabawić się problemów zdrowotnych (w przypadku mikroelementów nie działa bowiem zasada: „im więcej, tym lepiej”, choć próbuje nam się to wmówić).
Mięso natomiast zawiera wszystkie niezbędne mikroelementy – i co ważne – w dokładnie takich ilościach, jakich potrzebujemy (ani za dużo, ani za mało). Dlatego najlepsze pod względem oddziaływania na organizm człowieka jest mięso (świeże, nieprzetworzone, nieprzypalone itd.).
Mięso zwierząt rzeźnych, drobiu i ryb jest źródłem witamin z grupy B. Zawiera także wszystkie inne niezbędne dla człowieka witaminy.****
Pamiętaj: im coś jest chemicznie bardziej podobne do mięsa, tym lepsze (rośliny są najmniej podobne, dlatego są gorsze).

Mięso powinno być podstawą diety niskowęglowodanowej, a dopiero w dalszej kolejności inne produkty pochodzenia zwierzęcego (jajka oraz nabiał)

4. Nie może zabraknąć w niej białka

Chociaż badania populacyjne wskazują na to, że nadmierne spożywanie białka ma związek z rozwojem mnóstwa chorób zwyrodnieniowych, podobna liczba badań sugeruje coś wręcz przeciwnego. Tym samym podważa wiarygodność wyników tych pierwszych.*****
Białko jest ważniejsze niż nam się wydaje, spełnia szereg bardzo ważnych funkcji. Białko to nie tylko budulec (np. skóry, czy mięśni), ale także wszelkie enzymy, hormony, przeciwciała itd.. Aby  jednak zjadane białko dobrze wpływało na Twój organizm, musi zostać spełnionych kilka zasad:
  1. Po pierwsze, musi być naturalne z jedzenia, a nie sztuczne z proszku (w postaci np. odżywek).
  2. Po drugie, musi być pełnowartościowe - tj. z pełnym zestawem aminokwasów - aby organizm był w stanie je w ogóle wykorzystać (a takie znajdziesz tylko w produktach pochodzenia zwierzęcego: mięsie, jajach, nabiale).
  3. Po trzecie, nie powinno być go w Twojej diecie zbyt mało.****** Obsesyjny lęk przed nadmiarem białka jest zupełnie nieuzasadniony, ponieważ nigdy tak naprawdę nie udowodniono, by człowiekowi szkodziło (co ciekawe, najszerzej cytowane badania rzekomo udowadniające szkodliwość białka przeprowadzono używając białka sztucznego – odżywki – nie zaś pochodzącego z naturalnych produktów).

    W przeszłości w niektórych wspólnotach tubylczych aż do 65 proc. energii pochodziło z tłuszczów zwierzęcych. Badanie przeprowadzone wśród ponad tysiąca dentystów i ich współmałżonków wykazało, że ci, którzy mieli najmniej problemów ze zdrowiem, spożywali najwięcej białka - były to najbardziej optymalne ilości, zbliżone do tych przyswajanych przez ludzi w epoce kamienia łupanego [ponad 2 mln lat temu].*****
  4. Po czwarte, musi być zjadane z odpowiednią ilością tłuszczu. Pewnie słyszałaś (a jeśli nie słyszałaś, to dobrze), że duże ilości białka obciążają pracę nerek itd.. W rzeczywistości duża ilość białka nie szkodzi, pod warunkiem, że jest zjadana właśnie z odpowiednią ilością tłuszczu, ponieważ zawarte w nim mikroskładniki są potrzebne do przyswojenia białka:
    W mniej rozwiniętych społecznościach źródło białka nieodmiennie stanowią produkty zawierające również tłuszcz. Rozpuszczalne w tłuszczach witaminy A i D optymalizują  przyswajanie i wykorzystanie białka.*****
W praktyce oznacza to półtłuste produkty zwierzęce (jak np. udka pieczone).

5. Nie może zabraknąć też tłuszczu

Poza tym, że tłuszcz jest potrzebny do prawidłowego przyswojenia białka, to spełnia również inne ważne funkcje w organizmie:
Według Sally Fallon, założycielki fundacji Weston A. Price Foundation, i specjalistki w dziedzinie tłuszczów Mary Enig, tłuszcze nasycone [zwierzęce] pełnią w organizmie decydujące funkcje, takie jak m.in. ochrona powierzchni kostnych, amortyzacja organów wewnętrznych, wzmacnianie błon komórkowych, budowa i ochrona układu nerwowego, mózgu i wątroby oraz wspomaganie profilaktyki osteoporozy i układu odpornościowego. 
Zbędne ograniczanie spożywania tłuszczów może doprowadzić do powstania kamieni żółciowych oraz wielu innych problemów zdrowotnych. Zwłaszcza obniżenie podaży tłuszczów nasyconych powoduje zmęczenie, problemy z koncentracją, przygnębienie, a nawet tycie, ponieważ receptory serotoninowe w mózgu potrzebują cholesterolu do prawidłowego funkcjonowania.*****
Ponadto przechodząc na dietę niskowęglowodanową musisz pamiętać, że zmieniasz swoje źródło energii – w dużej mierze rezygnujesz z węglowodanów i zastępujesz je lepszym – tłuszczem. Nie możesz więc (i nie musisz) się go bać. Jeśli zresztą dotychczas nie bałaś się węglowodanów, które tak chętnie zamieniały się w Twoim organizmie w tkankę tłuszczową (w przeciwieństwie do zjadanego tłuszczu), to znaczy, że nie boisz się niczego.
Do wytwarzania energii u człowieka nie są potrzebne węglowodany. (...) Co więcej, dla wielu narządów [np. serca] właśnie tłuszcz jest bardziej odpowiednim źródłem energii.**
I oczywiście mowa tu o tłuszczu nasyconym zwierzęcym. (Pamiętaj, że tłuszcz całkowity dziennej racji pokarmowej obejmuje nie tylko tłuszcz dodawany w postaci masła itd., ale także tłuszcz niewidoczny, zawarty w produktach spożywczych, jak np. mięso, jaja, śmietana, sery itp.).
Możesz jeść wszystkie rodzaje mięsa (w tym ryby, wieprzowinę, drób), jaja, sery, śmietankę, a także masło i inne tłuszcze zwierzęce. Ponadto:
Lepiej unikać większych ilości tłuszczów wielonienasyconych (a zwłaszcza tłuszczów trans spotykanych m.in. w margarynie). Tłuszcze te są zwykle wysoce przetworzone i coraz częściej ich wartość zdrowotna poddawana jest krytyce.**

Uwaga! Jak zauważyłaś, ilość białka jest ściśle powiązana z ilością tłuszczu w diecie. Jest Ci potrzebny i jeden, i drugi składnik, więc nie możesz żadnego faworyzować ani dyskryminować. Wiedział o tym doskonale już ponad 100 lat temu Vilhjalmur Stefansson, słynny badacz Arktyki, który w swoich książkach opisywał życie z Eskimosami.
Zauważył, że dieta na samych tłuszczach powoduje szybką utratę sił. Pisał też o tym, jak rozchorował się wraz z Eskimosami, gdy przez 3 tygodnie musieli jeść chude mięso praktycznie bez tłuszczu.******* Ty na szczęście nie jesteś zależna od pomyślnych łowów, więc pamiętaj, żeby nie jeść ani za chudo, ani za tłusto, a będzie w sam raz.

Prawidłowa dieta niskowęglowodanowa musi być wysokobiałkowa i wysokotłuszczowa – wystarczy, że będziesz jadła średniotłuste produkty zwierzęce na smak, tj. nie za chudo ani nie za tłusto, a właśnie tak powinno Ci wyjść (na zdjęciu: schab ze śmietaną i mozarellą)

6. Nie powinno być aż tyle błonnika

Co to znaczy „aż tyle”? - Aż tyle, ile Ci się wydaje i ile mówią Ci wszyscy uprzejmi wokół specjaliści.
Większość osób polecających dietę niskowęglowodanową nakazuje jeść duże ilości warzyw i owoców w celu dostarczenia m. in. odpowiedniej ilości błonnika (tj. nietrawionego przez nasz organizm włókna), który rzekomo wymiata wszystko jak szczotka i dzięki temu ułatwia wypróżnianie. Jest to poniekąd prawda, ALE tylko na początku stosowania diety. Być może nie zdajesz sobie sprawy z tego, że jelita każdego z nas posiadają naturalną zdolność ruchów perystaltycznych. Jeśli jednak niemalże od urodzenia jesz warzywa, owoce i zboża (czyli produkty zawierające błonnik), ta zdolność zostaje jakby uśpiona:
Dieta z dużą ilością węglowodanów jest dla jelita grubego szkodliwa, przede wszystkim dlatego, że fermentacja cukrowa i duża ilość substancji balastowych i odpadowych - w tym błonnik - stymulują wypróżnianie, a jednocześnie namnażanie bakterii. Ludziom tym chroniczne zaparcie nie grozi tylko dlatego, że ich jelito poddane jest nieustannemu działaniu środka przeczyszczającego, którym są zjadane przez nich węglowodany, a właściwie polipeptydowe hormony trzustki, które przyspieszają wędrówkę węglowodanów przez jelito. 
Po usunięciu węglowodanów z diety zanika bodziec, który dotychczas stymulował jelito do wypróżniania i zaparcie stopniowo się nasila. (…) możesz skorzystać z powszechnie dostępnych środków przeczyszczających lub specjalnych herbatek ziołowych. Wkrótce, gdy wzmocni się mięśniówka jelita, a hormonalne procesy regulacji pracy jelit ulegną znormalizowaniu, jelito odzyska swą pierwotną zdolność do ruchów perystaltycznych.**
Zobacz też inne objawy możliwe przy przejściu na dietę niskowęglowodanową.

Na docelowej diecie niskowęglowodanowej błonnik nie powinien być Ci tak potrzebny, jak kiedyś. Jeśli jednak bardzo lubisz, dodawaj sobie warzywa do posiłków, ale najlepiej tylko te wodniste, niskobłonnikowe (jak pomidor, ogórki) lub gotowane (jak kalafior, brokuły, szparagówka). Po roku lub dwóch już nawet od nich raczej się odzwyczaisz

Podsumowując…

Najlepsza dieta niskowęglowodanowa to taka oparta na produktach pochodzenia zwierzęcego (głównie średniotłuste mięso, potem jaja, nabiał) z ograniczaniem innych produktów (warzyw, owoców, zbóż, słodyczy itd.) do takiej ilości, aby nie przekraczać maks. 70 g węglowodanów/dzień.
Jest wiele „dziwnych” odmian diety o tej nazwie, ale raczej tylko taka jest właściwa na dłuższą metę.

Na pewno słyszałaś, że ludzie mają czasem różne problemy z tzw. dietą niskowęglowodanową, a pewnie po prostu robią coś źle (jedzą za dużo lub za mało białka, tłuszczu, węglowodanów, jajek, roślin itd.). Nie dziwię się, że potem wszyscy krytykują...

Jak się w tym wszystkim nie pogubić?

Jeśli wszystkie te zalecenia przyprawiły Cię o zawrót głowy i masz wrażenie, że zdrowe odżywianie jest jednak za trudne, to zobacz, jak ja łączę te wszystkie zasady na co dzień:
  • na śniadanie (które jest moim największym posiłkiem, bodajże ponad 800 kcal) jem mięsko (np. 4 pieczone udka z kurczaka),
  • na obiad (trochę mniejszy niż śniadanie, u mnie ok. 700 kcal) mięsko z nabiałem (np. schab z mozarellą) lub jajka z serem (omlet),
  • a na deser (najmniejszy posiłek, ok. 500 kcal) coś na osłodę (np. czekoladę z orzechami lub naleśnika z masłem orzechowym).

A więc podstawą mojej diety jest średniotłuste mięso, które uzupełniam innymi produktami pochodzenia zwierzęcego, a jak mam ochotę na coś słodkiego, to jem, ale pilnuję, żeby nie przekroczyć zalecanej ilości węglowodanów.

Sprawdź mój przykładowy jadłospis. Jest to oczywiście wersja dla zaawansowanych (czytaj: dla tych, którzy już nie lubią warzyw i owoców). Ty możesz skorzystać z moich przepisów, ale dodawać sobie do każdego posiłku ulubione warzywo, np. gotowane brokuły, kalafior, szparagówkę, czy na zimno – pomidorka, ogórka itp.. Mięso, jaja i nabiał (w kolejności malejącej) jedz na smak, a resztę jako dodatki i wtedy powinna Ci wyjść właśnie dobra wersja diety niskowęglowodanowej. (Musisz przy tym wszystkim pamiętać, że jeśli chcesz tracić na wadze, to kluczem do tego jest ujemny bilans kaloryczny).

A jeśli masz jakieś pytania, to oczywiście zawsze możesz do mnie napisać (na e-maila podanego w zakładce Kontakt) lub, jeśli jesteś z okolic Przemyśla, umówić się na konsultacje. Pamiętaj: wszystko jest trudne, zanim stanie się łatwe! ;-)

* https://pl.wikipedia.org/wiki/Homo
** Wolfgang Lutz, Życie bez pieczywa, przeł. Monika Betley, 2001
*** Weston Price, Nutrition and Physical Degeneration, A Comparison of Primitive and Modern Diets and Their Effects, New York London Copyright, 1939
**** Zdzisław E. Sikorski, Chemia żywności, odżywcze i zdrowotne właściwości składników żywności, cz. 3 Wydawnictwo Naukowo-Techniczne, Warszawa 2012
*****  https://oczymlekarze.pl/profilaktyka-i-leczenie/1529-zalecenia-zywieniowe-zdrowy-i-niezdrowy-talerz
****** dr G. Ellis, Human Protein Needs Part 2 (video)
******* Vilhjalmur Stefansson „My Life with the Eskimo – Primary Source Edition”, New York, The Macmillan Company, 1921, str. 133-142




24 sierpnia 2018

Czy jesteś jak osoba ze wsi, czy z miasta? - test

Zachęcający tytuł, prawda? Oczywiście, zaraz nie powiem Ci, czy jesteś damą, czy wieśniaczką, ale dowiesz się czegoś znacznie ciekawszego. Otóż jest wiele cech, po których można poznać, jakim typem człowieka jesteś i z jakiej formy pomocy dietetycznej będziesz bardziej zadowolona.
Bycie ze wsi lub z miasta to będą metafory, które ułatwią cały opis (równie dobrze tytuł mógłby brzmieć: Czy jesteś jak osoba A, czy B?). W poniższym teście wcale nie będzie chodzić o to, gdzie mieszkasz, lecz jak widzisz świat. Kto wie, może zaskoczysz wynikami samą siebie!

10 pytań

Odpowiedz sobie na poniższe pytania i zastanów się nad swoim usposobieniem. Uprzedzam, że nie ma dobrych ani złych wyników - od tego, jaka jesteś, będzie tylko zależało, czy to, co Ci proponuję na blogu spełni Twoje oczekiwania, czy niekoniecznie. No to zaczynamy!

1. Wolisz prostotę, czy komplikacje?

Ludzie z miasta nie lubią prostych rzeczy. Nie chcą prostych przepisów, prostych rozwiązań. Zauważyłam, że mój program jest dla niektórych za prosty, za mało w nim urozmaiceń (a raczej komplikacji).
„Jak to?! Przepis, w którym wszystko trzeba wrzucić na patelnię, chwilę poczekać i gotowe? A gdzie ekscytacje związane z wyciąganiem dziesiątek miseczek, odważaniem przypraw co do miligrama, wrzucaniem po 5 g setek dodatków o magicznych właściwościach? Gdzie cała ta radość ze sztuki kulinarnej?!”.
Ludzie z miasta wierzą w magiczne moce trudnych do wymówienia produktów; im trudniejsza nazwa i wyższa cena, tym zapewne lepiej działa. Kupują więc to wszystko, a potem dziwią się, że nic się nie zmienia (oprócz stanu ich konta).

Ludzie ze wsi zaś nie potrzebują takich „uniesień” i udziwnień. Wolą prostotę, bo wiedzą, że wszystko jest proste, życie jest proste. „Dać to, to i to i gotowe. Żadnych niepotrzebnych komplikacji w kuchni i w życiu. Chcesz wygrać – nie poddawaj się i walcz, chcesz schudnąć - nie jedz tyle i rusz się trochę.” - Oto cała ich filozofia, „sekret” osiągania zamierzonych celów.

Ludzie ze wsi widzą prostotę rzeczy, podczas gdy dla ludzi z miasta czasem prosta droga jest za „prostacka” i nawet w niej szukają urozmaiceń

Ludzie ze wsi zrozumieją zdanie: „Moja dieta polega na tym, że jem głównie średnio tłuste mięso, jaja, nabiał, a inne rzeczy tak, aby nie przekroczyć maks. 70 g węglowodanów/dzień”. Dla ludzi z miasta zaś będzie to „za proste”, aby oprzeć na tym cały sens swojego odżywiania.

2. Wolisz jeść mięso, czy rośliny?

Każdy prawdziwy gospodarz wiejski wie, że nic tak nie syci, jak porządny kawałek mięsa. Oczywiście, często je na obiad kotlet schabowy z dodatkiem ziemniaków, ale wie, że gdyby miał instynktownie wybierać, to warzywa nie mają się co równać z mięsem.
Patrząc na skład biochemiczny, rzeczywiście dobrze wybiera, bo mięso (oraz w dalszej kolejności jaja i nabiał) faktycznie zawiera wszystkie potrzebne składniki odżywcze (pełnowartościowe białko i tłuszcz niezbędne do budowy silnego organizmu) oraz witaminy i minerały.
Rośliny zaś (czyli warzywa,  owoce, zboża) to przy produktach pochodzenia zwierzęcego „słabizna”, bo w nich:
  • wszystko jest gorszej jakości, jak np. białko - niepełnowartościowe,
  • do tego gorzej przyswajalne, jak np. żelazo – niehemowe,
  • lub brak jest wcale, jak np. witamina B12 - nie znajdziesz jej w roślinach,
  • a składniki, których w roślinach jest najwięcej są dla człowieka na dłuższą metę szkodliwe, jak np. błonnik i węglowodany

Mimo wszystko, w „nowoczesnym miejskim świecie” coraz więcej osób skłania się ku diecie roślinnej. Bez wahania mówi się, że warzywa i owoce to samo zdrowie. (Dotychczas całe życie też tak myślałam). Pomija się fakt, że, jak przed chwilą udowodniłam, jest całkowicie odwrotnie. Być może osobom z miasta fakty nie przeszkadzają w utrzymywaniu swoich opinii… Jak to powiedział niemiecki filozof, Friedrich Nietzsche:
Fakty nie istnieją, jedynie interpretacje*
Czasem wydaje mi się, że dla ludzi z miasta szczególnie fakty dot. odżywiania nie istnieją – jedynie setki różnych interpretacji (i stąd mamy setki różnych diet).

3. Wolisz ogólne zalecenia, czy sztywne wyliczenia?

Osoby ze wsi na ogół nie lubią zagmatwanych teorii, z których trudno cokolwiek zrozumieć: chcą mieć wszystko jasno, możliwie najkrócej wytłumaczone, tak na CHŁOPSKI ROZUM.

Osoby z miasta zaś często wymagają od swoich mentorów konkretnych liczb. Zazwyczaj nie chcą zrozumieć, co i dlaczego się dzieje, bo uważają, że od tego jest właśnie ich guru (dietetyk/trener personalny). Nie po to mu płacą, by wdawać się w szczegóły jego tajemnych zaleceń. Nie mówię, że to źle (w końcu płacą i wymagają), ale co, jeśli guru będzie miał chwilowo urlop albo pomylą mu się liczby i zamiast 20 min truchtu wpisze Ci 200, albo zamiast 50 g sera żółtego wpisze 500? Padniesz z przemęczenia albo z przejedzenia lub – co gorsza – porzucisz pomysł odchudzania na zawsze.

Osoby ze wsi wiedzą, jak sprawdzać swoje rezultaty (empirycznie, tj. albo efekty są, albo ich nie ma:
  • jeśli efekty są, to wiedzą, że robią dobrze (np. chudną, bo mają ujemny bilans kaloryczny),
  • a jeśli efektów nie ma, to wiedzą, że muszą się bardziej postarać – czyli mniej jeść albo więcej się ruszać).
Osoby z miasta zaś w przypadku niepowodzenia obwiniają „system” i rezygnują. (Właśnie z tego powodu nie daję Ci na blogu sztywnych wyliczeń, „idealnego” jadłospisu, lecz ogólne zalecenia).

4. Wolisz tradycję, czy nowoczesność?

To rozwinięcie poprzedniego punktu. Wolisz sprawdzone sposoby, czy nowinki? Nie mogę się oprzeć, by nie przytoczyć urywka pewnego wiersza:
Niech biegną, pędzą, prześcigają się
Mkną dalej i dalej w te złudne tereny
A ja
Zostaję
Osoby ze wsi wolą tradycję, bo wiedzą, że i tak wszystko wywodzi się od niej. Można wynajdywać różne nowinki, ale one i tak opierają się na tych samych fundamentach nauki. Jak np. budowa domu: można zbudować dom z różnych materiałów i w zależności od tego będzie lepszy lub gorszy, ale zasada jest jedna: trzeba zacząć od fundamentów. Tak samo w odchudzaniu: można stosować różne diety (niskowęglowodanowa vs. wysokowęglowodanowa) i w zależności od tego sylwetka (skład ciała) będzie lepsza lub gorsza, ale żeby w ogóle ZACZĄĆ tracić na wadze, trzeba doprowadzić do ujemnego bilansu kalorycznego – fundamentu chudnięcia).

Osoby z miasta myślą, że nie ma uniwersalnej rady na odchudzanie, myślą, że istnieje jakiś trick i dopóki go nie poznają, na nic zdadzą się jakiekolwiek działania. Są nawet gotowe powiedzieć (jak to ostatnio usłyszałam w pewnym filmie), że... im mniej jedzą, tym bardziej tyją. :D

Tak jak ludzie z miasta wiedzą, że podstawą budynku są fundamenty, tak ludzie ze wsi wiedzą, że podstawą chudnięcia jest ujemny bilans kaloryczny

5. Jesteś realistką, czy marzycielką?

Osoby ze wsi na ogół twardo stąpają po ziemi. Wiedzą, że to, co mają zawdzięczają temu, co zrobiły i ile pracy w coś włożyły.
Osoby z miasta zaś często bujają w obłokach, nie zawsze twierdzą, że tylko ich czyny się liczą. W przypadku niepowodzeń (które zdarzają się dosyć często), nie zawsze obwiniają samych siebie, lecz bardziej geny, środowisko, pogodę itd.. Nie mówią: „Nie mogę schudnąć, bo jestem zbyt leniwa i nie mam silnej woli”, lecz raczej: „Nie mogę schudnąć, bo jestem skazana na otyłość”.

Osoby ze wsi wiedzą, że nie ma czegoś takiego, jak gen otyłości (wystarczy je zapytać o czasy wojny, gdy miliony ludzi więziono w obozach koncentracyjnych i jakoś dosłownie wszyscy byli wychudzeni, nie znalazł się ani jeden człowiek otyły, z tzw. genem otyłości…). Osoba z miasta nawet po usłyszeniu tak smutnego przykładu potrafiłaby mieć jakieś „ale”.


[OK, teraz krótka przerwa (bo zdaję sobie sprawę, że to najdłuższa notka, jaką dotychczas napisałam): zrób 10 pajacyków i wróć do czytania.]



6. Potrafisz poczekać, czy chcesz mieć wszystko na wczoraj?

Ludzie z miasta chcą schudnąć w tydzień, wiedzieć wszystko nie ucząc się wcale, a potem dziwią się (choć czasem nawet i na porządne zdziwienie się nie mają czasu), że po zakończeniu szybkiej diety-cud tyją jeszcze bardziej.

Ludzie ze wsi wykazują się większą cierpliwością, wiedzą, że nie można skosić kilku hektarów zarośniętej łąki w jeden dzień. Wiedzą, że niektóre rzeczy wymagają czasu – jak choćby zmiana nawyków i przyzwyczajeń – a potem nawet przekonują się, że warto było krok po kroku działać i spokojnie czekać na efekty. Ludzie z miasta rzadko doczekują tej chwili, a jeśli już, to najczęściej przez przypadek (tak jak czasem głupiemu przez przypadek zdarzy się powiedzieć coś mądrego).

Ludzie ze wsi wiedzą, że aby coś osiągnąć potrzeba czasu, dlatego wspinają się krok po kroku. Ludzie z miasta zaś chcieliby od razu, bez wysiłku wznieść się ponad niebiosa. Niestety, w taki sposób mogą tylko narobić sobie siniaków

7. Jesteś pokorna, czy może myślisz, że wiesz już wszystko?

Ludzie ze wsi wiedzą, że nic nie wiedzą. Ponadto na temat „zdrowego nowoczesnego” odżywiania nie wiedzą dosłownie nic i całe szczęście, bo dzięki temu wybierają lepiej.
Ludzie z miasta zaś wiedzą wszystko; co dzień czytają nowinki dot. żywienia i przez to stają się pseudoekspertami w tej dziedzinie. Topią się w przedziwnych teoriach (czasem nawet sprzecznych), przez co ich dieta obiektywnie jest coraz gorsza, choć myślą, że lepsza. Lepsza by była, gdyby nie wiedzieli zupełnie nic (ale do tego nie mogą i przede wszystkim NIE CHCĄ dopuścić).

Czasem lepiej nie wiedzieć nic i kierować się instynktem – tak jak zwierzęta. Czy widziałaś kiedyś np. lwa cierpiącego na cukrzycę lub nadciśnienie?

8. Lubisz spokój, czy jesteś online 24/7?

Człowiek ze wsi lubi spokój, lubi być czasem sam. Jest szczęśliwy, gdy może wyciszyć się na łonie natury i nie czuje, że czegoś mu brakuje, gdy nie ma przy sobie telefonu.
Człowiek z miasta zaś wciąż jest podłączony do sieci, do „centrum wydarzeń”. Jego telefon jest włączony 24/7 (nawet w nocy), wiecznie gotowy do wyświetlania nowych powiadomień. W takich warunkach umysł nigdy nie jest w stanie całkowicie się wyciszyć, skupić. Jak więc taki człowiek miałby porządnie coś przyswoić i do tego jeszcze umieć odróżnić fakty od mitów?

„A gdyby tak tylko umieć patrzeć” - No właśnie, będąc 24/7 bombardowaną powiadomieniami z telefonu, raczej nie jest to łatwe...

9. Nie ma Cię na Facebooku i Instagramie, czy nie ma Cię BEZ tych portali?

To przykra prawda, ale po tym można poznać, czy ktoś jest poważny, czy nie. Człowiek ze wsi nie ma potrzeby rozsławiać się na Facebooku, czy Instagramie, a dla człowieka z miasta to ważny punkt każdego dnia.

Ja przyznaję bez bicia, że mam konta na Facebooku i Instagramie, ale na swoją obronę dodam, że prawie nic tam nie robię. Swego czasu zastanawiałam się nad promowaniem tam bloga, ale jednak zrezygnowałam, bo zabrałoby to zbyt wiele czasu. Jeśli mam do wyboru skupić się na pisaniu merytorycznych notek co dwa tygodnie albo na wstawianiu codziennie nowych fotek na Facebooka/Instagram z krótkim opisem, to wybieram to pierwsze. Poza tym nie wyobrażam sobie czytać tam czegoś naprawdę poważnego. Tam wszystko jest na szybko, ludzie czytają (o ile czytają, a nie tylko oglądają) wszystko w biegu, panuje ogólny chaos.

Kiedyś ludzie, aby się czegoś dowiedzieć, czytali książki. Teraz wydaje im się, że wszelką wiedzę zdobędą googlując coś lub rolując Facebooka w przerwie na kawę. Jeśli w końcu tam czegoś (albo kogoś) nie ma, to nie istnieje...

10. Wolisz najpierw coś zaplanować, czy od razu działać?

Ludzie ze wsi wiedzą, że poświęcenie dłuższej chwili na przygotowanie się do działania NIE JEST stratą czasu. Ludzie z miasta zaś chcą od razu robić, czasem na oślep, byleby tylko już zacząć, „bo wtedy szybciej skończą”.

Tak, jak w bajce o drwalu**: dostajesz nieco tępą siekierę i masz za zadanie wyrąbać drzewo. Co robisz? Zaczynasz rąbać tępą siekierą, czy jesteś w stanie poświęcić pierwsze kilka godzin na samo ostrzenie, bo wiesz, że później dzięki temu praca pójdzie jak z płatka?

Ja właśnie zachęcam Cię najpierw do nauczenia się, w czym tkwi sekret ładnej sylwetki, a dopiero potem do działania. Dzięki temu w dłuższej perspektywie czasu naprawdę Ci się to opłaci.

Interpretacja wyników

Jak już pisałam, nie ma dobrych ani złych wyników. Wynik pokazuje tylko, jakim typem człowieka jesteś i, w przypadku tematyki mojego bloga, z jakiej formy pomocy dietetycznej byłabyś bardziej zadowolona.

Jeśli bliżej Ci do osoby ze wsi (wszystkie pierwsze cechy w pytaniach), to będziesz preferowała moje porady, a jeśli z miasta – lepiej odwiedź dowolnego dietetyka w swojej okolicy, bo zaoferuje Ci coś, czego ja nie chcę Ci dawać. (Prawdopodobnie rozpisze Ci najnowszą dietę i da sztywne zalecenia na dwa tygodnie, po których stwierdzisz, że jednak nie chcesz się odchudzać i że widocznie coś z Tobą nie tak… (albo, kto wie, może pięknie schudniesz i będziesz zadowolona – życzę Ci tego!)).

Jeśli jeszcze się wahasz, czy wolisz mnie, czy innego dietetyka, to odpowiedz sobie na dodatkowe pytanie:

(11.) Przeczytałaś tę notkę, czy tylko ją „przejrzałaś”?

Oo i tu Cię mam! Jeśli nawet nie chciało Ci się czytać tej notki, to chyba musimy się „rozstać” - tak będzie lepiej dla Ciebie i dla mnie. Dlaczego? Bo tematy, które na nim opisuję są niezbędne do stosowania mojego programu bez niepotrzebnych potknięć.
Czasem opisuję tu rzeczy, o których nie dowiesz się z innych (głównie polskich) stron (a wierz mi, przegrzebałam ich wiele!). Jeśli więc błędnie założysz, że piszę to, co wszyscy – nigdy tak naprawdę nie poznasz sposobu, który Ci proponuję: zrobisz coś inaczej, a potem (o zgrozo!), będziesz obwiniała o niepowodzenie właśnie mnie. Jest bowiem np. wiele diet niskowęglowodanowych (tzw. keto), ale większość z nich nie jest korzystna na dłuższą metę.

Ale o tym, jakie kryteria powinna spełniać właściwa dieta niskowęglowodanowa, już w następnej notce.

* https://pl.wikiquote.org/wiki/Friedrich_Nietzsche
** Bajka o drwalu: https://coaching4smart.wordpress.com/2012/03/02/bajka-o-drwalu/



Szukaj

POLECANY POST

Co robić, aby schudnąć? - 12 kroków na cały 2018 rok

Chcesz wziąć się w garść i w końcu zająć się swoją sylwetką, ale nie wiesz co robić i od czego w ogóle zacząć? - Jeśli tak, to mam coś, co ...