13 lip 2018

Czy chcesz, żebym ułożyła Ci idealny jadłospis? - 4 powody, dla których nie warto

Postanowiłaś schudnąć – tym razem profesjonalnie - poszłaś więc do dietetyka i poprosiłaś go o „ułożenie diety”. Zapewniam Cię, że ja nigdy tego dla Ciebie nie zrobię... i zaraz się przekonasz, że to dla Twojego dobra!

Jak wygląda typowa wizyta u dietetyka?

Dietetyk to osoba, która ZNA SEKRET, wie jak schudnąć (choć czasem nie widać tego po nim samym), a Ty z uniżeniem do niego przychodzisz i prosisz o uchylenie rąbka tajemnicy, czyż nie?

Współpraca z typowym dietetykiem wygląda następująco: przychodzisz na pierwszą wizytę, zostajesz zważona i zmierzona, rozmawiacie chwilę o Twoich celach, mówisz o swoich ewentualnych dolegliwościach oraz o preferencjach smakowych, następnie płacisz i idziesz do domu. Za kilka dni dostajesz gotowy jadłospis na 2 tygodnie, dzięki czemu jesz przez ten czas wzorowo: co do grama odważasz produkty wypisane w menu, a nawet biegasz na drugi koniec miasta, żeby kupić przyprawę, która jest wymagana w przepisie. Wszystko po to, by było idealnie – tak, jak zaleciła pani dietetyk – i żeby W KOŃCU się udało. I rzeczywiście, udaje się: po tych dwóch tygodniach tracisz na wadze kilka dobrych kilogramów. Gratulacje!

Byłaś tak pochłonięta wzorowym stosowaniem się do zasad, że nawet nie zauważyłaś, że dieta, którą dostałaś miała 1000 kcal i w „normalnych warunkach” umarłabyś z głodu. Zauważasz to niestety po tych dwóch tygodniach, gdy jadłospis się kończy, a Ty nie wiesz, co dalej... Nie masz już sztywnych zasad, za które zapłaciłaś i do głowy zaczynają przychodzić Ci różne kuszące myśli: „Może by się tak porządnie najeść…” Ani się więc obejrzałaś, a z powrotem przybrałaś na wadze i do tego kompletnie straciłaś ochotę na stosowanie się do jakichkolwiek reguł. Gdzie popełniłaś błąd? - zapomniałaś, że po tych dwóch tygodniach życie będzie toczyć się dalej...

Po zakończeniu współpracy z dietetykiem odbijasz się od ściany

Ach… i tak oto schudłaś w dwa tygodnie nawet 5 kg, a potem… przybrałaś nawet i 8 kg. Za wszystko oczywiście obwiniasz siebie i znowu odbijasz się od ściany. Może za jakiś czas ponownie pójdziesz do dietetyka, on znowu rozpisze Ci dietę-głodówkę, Ty znowu będziesz latać po całym mieście, żeby znaleźć te konkretne produkty, które kazał Ci jeść („gdzie tu kupić bataty, przecież nie mogę złamać diety i zjeść zwykłych ziemniaków!”), a potem znowu wrócisz do punktu wyjścia.

Niestety, zazwyczaj tak to właśnie wygląda, gdy decydujesz się na rewolucję. To m. in. dlatego nie chcę podawać Ci na tacy gotowego jadłospisu. Poza tym jest jeszcze kilka innych argumentów przeciwko „układaniu diety”, więc czytaj dalej.

Dietetycy potwierdzają słuszność bilansu kalorycznego

Zanim przejdziemy do negatywnych stron płacenia za dietę, zauważ, że praca dietetyka ma jedną dużą zaletę: otóż układanie sztywnego jadłospisu (np. na te dwa tygodnie) to najlepszy dowód na to, że bilans kaloryczny DZIAŁA. Jest to też świetne potwierdzenie, że ludzie z nadwagą na ogół kłamią nt. tego, ile jedzą (bo „jakoś” każdy chudnie stosując się do niskokalorycznej diety). Wtedy wyraźnie widać, że w chudnięciu nie ma żadnej magii – po prostu prawie nic nie jedząc nie da się nie tracić na wadze.
(Oczywiście, mówię tu tylko o wadze, o czystych liczbach. Jeśli zaś chcesz mieć lepsze rezultaty, tj. chudnąć ładnie, tracić więcej tkanki tłuszczowej, a mniej mięśniowej, to takie efekty zapewni Ci tylko dieta z małą ilością węglowodanów).
Jeśli szukać jakiegokolwiek sensu w układaniu jadłospisu, to jest jeden: potwierdzenie, że bilans kaloryczny działa (kto by zresztą nie schudł na takiej diecie-głodówce?!)*

Dlaczego układanie jadłospisu jest bezcelowe?

Jeśli Twoim celem nie jest szybkie schudnięcie na chwilę, np. na dwa tygodnie przed ważnym wydarzeniem (jak ślub), to układanie dla Ciebie sztywnego jadłospisu nie powinno mieć żadnego sensu, choćby z tych kilku poniższych powodów:

1. Chudnie się od niedoboru kalorii, a nie od jakiejś konkretnej diety

Czasem ludzie się zachwycają, że chudną na jakiejś tam diecie, a nie rozumieją, że to nie ona konkretnie jest „cudowna”, lecz ilość znikomych kalorii, którą na niej zjadają. W kontroli wagi ciała przecież zawsze niezmiennie chodzi o bilans kaloryczny. Liczy się RELACJA pomiędzy kaloriami zjadanymi, a spalanymi: chudnie się od niedoboru kalorii i od niczego innego. To oznacza, że aby tracić na wadze musisz albo jeść mniej niż spalać (trzymać się restrykcyjnej diety), albo spalać więcej niż zjadać (mieć dietę w miarę normalną, ALE do tego dużo się ruszać).

Żeby więc jadłospis miał sens (jadłospis-głodówka raczej nie ma sensu w ogóle), to musiałabyś dostać też rozpiskę aktywności fizycznej. Bez uwzględnienia ruchu ułożona dieta jest bezcelowa na dłuższą metę (patrz: punkt 2.).
Pamiętaj: chudnie się od niedoboru kalorii, a nie od jakiejś odpowiedniej, konkretnej diety. Nie ma czegoś takiego, że jedna dieta „działa”, a druga „nie działa” - schudniesz zawsze, gdy będziesz miała ujemny bilans kaloryczny (a ten najlepiej wytworzyć łącząc aktywność fizyczną z w miarę normalną dietą)

2. Po krótkotrwałych dietach-głodówkach efekt jo-jo jest nieunikniony

To, co układają dietetycy, to zazwyczaj dieta-głodówka (talerz po brzegi wypełniony warzywami o trudnych do wymówienia nazwach, dzięki czemu jadłospis wydaje się urozmaicony, a posiłki duże – w rzeczywistości jednak niedostarczające prawie żadnych kalorii), a Ty jesteś tylko człowiekiem (po jakimś czasie bardzo głodnym człowiekiem), więc w końcu porzucasz taką katorgę, poddajesz się i zaczynasz się objadać. Efekt jo-jo to wtedy słowa, które jak echo odbijają się od każdej ściany Twojej kuchni.

3. Nie da się go zastosować, gdy gdzieś jedziesz

Jak np. na wakacjach wiesz, że jeśli zapomnisz spakować strój kąpielowy, to w ostateczności możesz wejść do morza w bieliźnie, tak w kwestiach odżywiania, bez podstawowej wiedzy, nie byłabyś już taka kreatywna w szukaniu zamienników produktów.
Załóżmy, że w rozpisce masz „30 g jogurtu naturalnego i 150 g włoszczyzny z wody”, a na wyjeździe nie masz gdzie tego kupić. Co się dzieje? Wszystko zaczyna Ci się dosłownie sypać, kompletnie nie wiesz, co robić: „czy, jak i ile mogę zjeść coś innego?!”. Chcąc nie chcąc szybko porzucasz więc całą wykupioną dietę... Rozumiejąc zasady odżywiania zaś mogłabyś jedynie uśmiechać się do osób, które mają takie dylematy.

4. Może Ci coś nie smakować

Masz codziennie na śniadanie zjadać owsiankę, bo dietetyk mówi, że po pierwsze jest zdrowa, a po drugie da Ci ona energię na cały poranek? - A co, jeśli po pierwsze Tobie owsianka w ogóle nie smakuje, a po drugie wcale nie czujesz po niej przypływu energii? - „musisz to jeść, bo tak mówi dietetyk”. I jak tu się cieszyć z nowego poranka, gdy wstajesz i masz zjeść coś tak niedobrego…? Wiedząc, że możesz jeść coś innego i chudnąć (nawet ładniej), nie byłabyś niewolnikiem upodobań dietetyka.

Zamiast czekać na sztywny jadłospis dowiedz się, jak to DZIAŁA

Jak widzisz, z jadłospisem od dietetyka jest sporo problemów, dlatego lepiej zamiast płacić za krótkoterminowe zalecenia, które i tak się nie sprawdzają, poznaj ogólne zasady i sama dopasuj sobie dietę: do stylu życia, upodobań, ćwiczeń itd..

Ja, zamiast dawania Ci „diety”, z której nic nie rozumiesz, chcę właśnie uświadomić Ci, jak to działa – żebyś nie musiała być uzależniona od dietetyka (w końcu tylko siebie i swoją wiedzę masz 24 h/dobę).

Dietę, która z mojego doświadczenia daje najlepsze rezultaty (dużo siły, mięśni, mało tkanki tłuszczowej), można opisać w jednym zdaniu: białko i tłuszcz (zwierzęce) jeść na smak, a węglowodany ograniczać do maks. 70 g/dzień.
Aby ułatwić Ci sprawę, wypisałam zasady diety, a wszystkie możliwe produkty podzieliłam na 5 grup – pierwsza, czyli te najbardziej pożądane (białkowo-tłuszczowe, czyli mięso, jaja, nabiał), po te coraz mniej wartościowe (węglowodanowe, czyli kasze, pieczywo, owoce, słodycze, warzywa i in.). Przeglądając grupy produktów, możesz wybrać sobie te, które lubisz najbardziej i wszystko dopasować idealnie do siebie.
Mniej więcej tak wyglądają moje posiłki w ciągu dnia: „obracam się” wokół „swoich” produktów, oprócz węglowodanów niczego nie liczę, nie przejadam się, a jeśli waga pokazuje za duże liczby, to robię sobie nieco mniejsze porcje lub więcej się ruszam – oto mój sekret szczupłej sylwetki

Znając ogólne zasady nie będziesz musiała zadawać nikomu np. takich pytań, jak:
  • „Czy mogę zjeść schab, czy jest za chudy?” - wiesz, że najważniejsze jest jedzenie średniotłustego mięsa – ale jakiego konkretnie, to już Twoja sprawa: ja np. bardzo lubię pieczoną karkówkę albo steki – Ty możesz preferować właśnie schab (choć wiesz, że jest dosyć chudy, więc robisz sobie do niego sos np. śmietanowo-musztardowy), gulasz z szynki, pieczone udka kurczaka, czy jeszcze coś innego, np. z moich przepisów.
  • „Czy mogę zjeść na śniadanie gulasz, a na obiad omlet, czy lepiej odwrotnie?” - kolejność posiłków nie ma znaczenia (choć dla niektórych to zbrodnia zjeść na śniadanie obiad :D). Ja lubię na śniadanie jeść omlet, jajecznicę albo grillowaną karkówkę, a Ty może wolisz śledzia w śmietanie, gulasz albo kanapki na niskowęglowodanowym chlebku własnej roboty – proszę bardzo.
  • „Czy muszę w ogóle jeść śniadanie?” - Nie. Ja np. lubię jeść obfite śniadanie, a nie lubię jeść wieczorem – Ty możesz jeść odwrotnie (bo wiesz, że jeśli chodzi o wagę, to nie liczy się to, kiedy jesz, tylko ile w sumie w ciągu całego dnia). 
  • „Czy mogę zjeść kawałek tortu na urodzinach?” - możesz, ale licząc węglowodany (aby nie przekroczyć 70 g/dzień) i w ramach zdrowego rozsądku (wiedząc, że jedzenie słodyczy pobudza apetyt i lepiej mieć się na baczności).
  • „Czy lepiej zjeść przed, czy po ćwiczeniach?” - lepiej wtedy, gdy czujesz, że jesteś głodna. Ja czasem wolę przed, czasem po – to nie ma znaczenia, bo liczy się ogólna ilość kalorii zjedzonych w ciągu całego dnia (tak, tak, pamiętasz, że w kwestiach wagi nie ma zmiłuj: kalorie liczą się zawsze).
  • „Czy mogę do obiadu dodać sobie jednego ziemniaka, czy jest zakazany?” - jest „zakazany”, ale jeśli masz ogromną ochotę, to raz na jakiś czas możesz zjeść (licząc oczywiście węglowodany). Z czasem odzwyczaisz się od takich zachcianek.
  • „Ile razy w tygodniu mam ćwiczyć?” - to zależy, ile jesz, ale 2-3 na początek na pewno (ja jem dużo i dlatego ćwiczę codziennie, aby nie przybierać na wadze).

Do wszystkiego możesz dojść sama, nie potrzebujesz „dietetyka-boga”, który będzie trzymał Cię za rękę. Jeśli chcesz, ja potrzymam Cię za rękę tylko chwilę, by wszystko Ci wytłumaczyć – potem będziesz już samodzielna. Czy to nie lepsza propozycja?

Jak samodzielnie kontrolować swój bilans kaloryczny?

Czy to, co robisz działa, najlepiej sprawdzać po wadze:
  • jeśli waga spada – to oznacza, że masz ujemny bilans, czyli wszystko „działa”;
  • jeśli waga stoi/rośnie – to oznacza, że masz zerowy/dodatni bilans, czyli coś „nie działa”, musisz się nieco bardziej się postarać.

Jeśli więc tracisz na wadze, to gratulacje – wszystko jest ok. Jeśli zaś nie chudniesz, to zadaj sobie po kolei następujące pytania:
  1. „Dlaczego nie chudnę?” - tutaj ZAWSZE jest taka sama odpowiedź - bo nie masz ujemnego bilansu.
  2. „Co zrobić, aby chudnąć?” - wytworzyć ujemny bilans (niedobór kalorii).
  3. „Jak wytworzyć niedobór kalorii?” - mniej jeść albo więcej się ruszać.

Zastanawiasz się, czy to może być aż tak proste, skoro ludzie od lat próbują schudnąć i wciąż im się nie udaje? - tak, to jest aż tak proste. Tak proste, że czasem aż trudne!


* Jan Hasik, Jan Gawęcki, Żywienie człowieka zdrowego i chorego, Warszawa 2003, str. 286-289

29 cze 2018

Moje najgorsze wyniki analizy składu ciała

Pamiętasz, jak niedawno pisałam Ci o eksperymencie, który na sobie przeprowadziłam? Postanowiłam wtedy przybrać na wadze, żeby zobaczyć, jak rozłożą mi się te dodatkowe kilogramy. W ciągu kilku miesięcy przytyłam 5 kg, ale efekt końcowy nie był zadowalający, więc zaraz po napisaniu tamtej notki zabrałam się za siebie. Właśnie jestem w trakcie wracania do wcześniejszej wagi (z czego niedługo zdam Ci relację), a teraz pokażę Ci coś ciekawego – moje najgorsze wyniki analizy składu ciała, jakie miałam odkąd stosuję swój program.

Otóż jakiś czas temu na zajęciach z dietetyki nasza pani profesor przyniosła profesjonalną wagę do badania składu ciała. Był to jeden z lepszych analizatorów, na jakim do tej pory się badałam (taki porządny kosztuje ponad 10 tys. zł – tańsze sprzęty zaś często działają na zasadzie statystyk, tj. pokazują Ci wyniki, jakie „powinnaś” mieć przy swojej wadze, płci i wzroście).
Waga ta dała mi pełny obraz mojej sylwetki: masę kości, tkanki mięśniowej, tłuszczowej i – co najlepsze – informacje nt. rozmieszczenia tych tkanek w poszczególnych partiach ciała.

Porządne vs. byle jakie stosowanie się do zasad

Niektórzy się śmieją, że ja tylko: „ćwiczę, ograniczam węglowodany i jem mięso”. Może rzeczywiście tak robię – w końcu chcę, żeby wszystko było idealnie i żeby mieć wyniki najlepsze, na jakie mnie stać. Jednak, jak już pisałam, w czasie tego eksperymentu robiłam wszystko byle jak: odżywiałam się niby dobrze, a jednak pozwalałam sobie na większe ilości węglowodanów, czasem się objadałam, dodatkowo zaczęłam dużo jeść wieczorami, więcej jeździłam autobusami zamiast chodzić i nie ćwiczyłam porządnie (jak można zresztą porządnie ćwiczyć, gdy ledwo się ruszasz z przejedzenia :D). Wszystko to sprawiło, że bez problemu wytworzyłam w swoim organizmie mocno dodatni bilans kaloryczny i w efekcie przybrałam na wadze.
Oprócz tego, że przytyłam, czułam się rozleniwiona i nieco depresyjnie nastawiona do życia. Przyznam więc szczerze, że niechętnie stawałam na tej wadze, bo spodziewałam się, że wyniki będą beznadziejne. Jednak, gdy zobaczyłam liczby, byłam nawet miło zaskoczona.

Analiza składu ciała – moje wyniki

Cały wydruk możesz zobaczyć tutaj, a poniżej pokażę Ci najważniejsze dane:


Waga – 53 kg

53 kg - tak, tak, wtedy miesiąc po eksperymencie udało mi się zrzucić dopiero 1 kg, stąd jeszcze waga, jak na mnie, dosyć duża.

Masa kości – 3,26 kg (!)

Kurczę, okazało się, że mam „grube kości”! Czasem niektórzy skarżą się, że mają nadwagę właśnie przez swoje grube kości, a tu proszę – z tego co widziałam, to moje kości są o prawie 1 kg cięższe od kości koleżanki, która waży ode mnie... 10 kg więcej!

Wysokie wyniki masy kostnej są dla mnie bardzo ważne, ponieważ wiele osób zarzuca mi, że z powodu niejedzenia zbóż, warzyw itd. powinnam mieć problemy z mineralizacją kości – jak jednak widzisz, może to właśnie DZIĘKI temu moje kości są mocne (i oczywiście z powodu jedzenia mięsa bogatego w pełnowartościowe białko i tłuszcz, które są niezbędne dla budowy i odbudowy tkanek). Nie dość więc, że bezczelnie nie jem tego, co „trzeba”, to jeszcze bezczelnie mam zdrowe (i „grube”) kości!

Poziom tkanki tłuszczowej – 11,5% (6,1 kg)



11,5% tkanki tłuszczowej, czyli o 2 punkty procentowe więcej niż miałam wcześniej. Przy moim chwilowym rozleniwieniu i tak jest to dobry wynik (przeciętnie kobiety wysportowane, które na okrągło ćwiczą, ale jednocześnie odżywiają się węglowodanami, mają i tak wyższy poziom tkanki tłuszczowej niż ja teraz – nawet 15-16% i więcej).
Od razu przypominam, że tak niski poziom tkanki tłuszczowej bez ryzyka problemów hormonalnych itp. można mieć jedynie dzięki diecie bogatej w tłuszcz (hmm jakby to powiedzieć: albo będziesz miała potrzebny tłuszcz na sobie – w postaci tkanki tłuszczowej – albo na talerzu :D).

Rozmieszczenie mięśni i tkanki tłuszczowej w ciele



O, teraz najciekawsze, czyli rozmieszczenie mięśni i tkanki tłuszczowej w ciele. Na zajęciach byłam jedyną osobą płci żeńskiej, która miała podwyższoną masę mięśni przy obniżonej ilości tkanki tłuszczowej. Zazwyczaj bowiem kobiety mają odwrotnie: większość osób jest tzw. „skinny fat”, czyli pomimo wagi w normie ma za mało mięśni, a jednocześnie za dużo tkanki tłuszczowej (przypuszczam, że głównym powodem takiego stanu jest odżywianie wysokowęglowodanowe i/lub zbyt mała ilość ruchu).

Co do samego rozmieszczenia tkanek, to procentowo mięśni mam nieco więcej w rękach niż w nogach. Dlaczego? - bo górne partie ciała ćwiczę siłowo, a dolnych nie. Moja sylwetka to typ gruszki – mam większe obwody w biodrach niż w klatce piersiowej – dlatego siłowo (raz-dwa w tygodniu) ćwiczę tylko górne partie, by zwiększając w nich masę mięśniową nieco poprawić proporcje ciała. Na co dzień zaś ćwiczę głównie aerobowo, by ogólnie spalać tkankę tłuszczową (ogólnie, bo punktowo – czyli tam gdzie dokładnie chcemy, np. w nogach - stracić się jej nie da). Jest to jedyny nieinwazyjny sposób, by pokombinować trochę przy proporcjach swojego ciała.

Lepiej się NIE rozleniwiać, ale...

Podsumowując, moje najgorsze wyniki analizy składu ciała i tak są prawdopodobnie dużo lepsze niż gdybym odżywiała się inaczej (pewnie nawet i ćwicząc). Oczywiście, nigdy nie warto spoczywać na laurach (bo prędzej, czy później musi się to źle skończyć), ALE, jak widzisz, lepiej czasem rozleniwić się na mojej diecie (opartej na produktach pochodzenia zwierzęcego) niż innej (roślinnej, wysokowęglowodanowej)… bo jak to mówią: pieniądze szczęścia nie dają, ALE lepiej płakać w mercedesie niż w maluchu.

15 cze 2018

Jak ćwiczyć na siłowni, gdy masz nadwagę?

Lubisz ćwiczyć na siłowni, lubisz panującą tam atmosferę i ćwiczenia wśród innych osób, ale boisz się, że przez dźwiganie ciężarów przesadnie urośniesz? Fakt, ostatnio pisałam, że siłownia nie jest dla każdego (nie jest wskazana dla osób z nadwagą), ale to nie do końca prawda.
Siłownia to świetne miejsce, ale trzeba wiedzieć, że nie każdy może ćwiczyć na niej tak samo. Jeśli lubisz ćwiczenia typowo siłowe (jak martwy ciąg, przysiady, czy wszelkie ćwiczenia na maszynach), ale nie chcesz stać się „wielką napakowaną babą”, to zaraz podpowiem Ci, jak połączyć te dwie, pozornie nie do pogodzenia, rzeczy.

Dźwigając duże ciężary staniesz się... duża

Ostatnio pisałam, że nie mogę patrzeć, jak kobieta z nadwagą robi martwy ciąg - tak, bo przez to stanie się jeszcze większa. Są oczywiście panie, które chcą być duże; trenują do zawodów, gdzie siła i potężne gabaryty to priorytet. Zakładam jednak, że Ty chcesz osiągnąć coś innego – chcesz być szczupła i wyglądać zgrabnie (a jeśli jest inaczej, to nie czytaj dalej).

Siłownia może być dla każdego, ale nie dla każdego jest dźwiganie ciężarów

Sprinter vs. maratończyk – czyli dwa rodzaje włókien mięśniowych

Wyróżniamy dwa rodzaje włókien mięśniowych:
  1. szybkokurczliwe – angażowane podczas ćwiczeń typowo siłowych (jak dźwiganie ciężarów, pompki, sprint itp.) - są bardzo silne, jednak ich czas pracy jest krótki, szybko ulegają zmęczeniu;
  2. wolnokurczliwe – angażowane podczas ćwiczeń aerobowych/cardio (jak aerobik, taniec, trucht, chodzenie itp.) - nie są zbyt silne, ale mogą pracować bardzo długo, wolno się męczą.
Te pierwsze pod wpływem treningu zwiększają swoją wielkość, a te drugie nie.

Co ciekawe, podczas jednego rodzaju sportu nie zawsze musimy angażować te same włókna mięśniowe. Warto więc wiedzieć, że pozornie ten sam ruch może dawać różne rezultaty. Spójrzmy na dwóch biegaczy: sprintera oraz maratończyka. Niby obaj robią to samo (biegają), a przecież ich sylwetki są diametralnie różne. Sprinterzy wyglądają jak kulturyści, mają wielkie mięśnie, a z kolei maratończycy są chudzi, nie wyglądają jakby byli kiedykolwiek na siłowni...
Na czym polega różnica? - Obaj wykonują te same ruchy, ALE używając innego ciężaru i liczby powtórzeń: sprinter używa dużego ciężaru krótko (w ciągu kilku sekund zużywa całą swoją energię), a maratończyk małego długo (biegnie lekko, ale o wiele wiele dłużej niż sprinter). Sprinter pobudza do pracy włókna szybkokurczliwe, a maratończyk wolnokurczliwe – sprinter ćwiczy siłowo, a maratończyk aerobowo i stąd tak kolosalna różnica w ich wyglądzie.

Możesz ćwiczyć na siłowni, ale lepiej nie dźwigaj

Mając nadwagę powinnaś skupić się na ćwiczeniach typowo aerobowych - dzięki temu będziesz tracić na wadze, tracić tkankę tłuszczową. Jeśli jednak lubisz robić takie ćwiczenia, jak martwy ciąg, przysiady, wyciskanie sztangi itp., ale jednocześnie nie chcesz, aby przesadnie rosły Ci mięśnie, to masz tylko jedno wyjście: zmniejszyć ciężar, a zwiększyć liczbę powtórzeń. Wtedy wykorzystując te same ruchy zamienisz ćwiczenia siłowe na aerobowe.

Twój godzinny trening może wtedy wyglądać następująco: wybierz sobie np. 10 swoich ulubionych ćwiczeń na siłowni i wykonuj je po kolei, każde po 50 powtórzeń, całość powtarzając 5 razy (czyli 10 ćwiczeń po 50 powtórzeń, w 5 seriach). Jedno ćwiczenie wykonasz wtedy w sumie 250 razy.

Jak dobrać obciążenie?

Do każdego ćwiczenia musisz sobie sama dobrać odpowiednie obciążenie, ale nie martw się, to bardzo łatwe. Jak je znaleźć? - Najlepiej metodą prób i błędów, eksperymentalnie: jak dużym ciężarem jesteś w stanie zrobić ok. 10 powtórzeń, tak teraz powinnaś zmniejszyć ciężar do takiego, by móc zrobić powtórzeń ponad 50. Będzie to obciążenie idealne, takie „na granicy”: jeszcze za mały ciężar, żeby mięśnie rosły, ale już wystarczająco dużo powtórzeń, żeby spalać mnóstwo kalorii. Dzięki temu pot będzie lał się z Ciebie strumieniami i będziesz traciła na wadze, ponadto mięśnie będą ładnie wyrzeźbione, ale nie duże.

Ćwiczenia typowo siłowe, ale z małym obciążeniem możesz obejrzeć np. na kanale trenerki Shelly Dose: tutaj lub tutaj

Jeśli lubisz ćwiczyć na siłowni, ale nie chcesz przesadnie urosnąć, to wykonuj takie ćwiczenia na granicy: zamiast mało powtórzeń dużym ciężarem, rób dużo powtórzeń małym ciężarem. Dzięki temu spalisz większą ilość kalorii i ładnie „podrzeźbisz” sylwetkę

Ja np. lubię ćwiczenia na nogi (przywodzenie, odwodzenie i in. na maszynach), ale ze względu na większe dolne partie ciała (od górnych) nie powinnam ich wykonywać z dużym obciążeniem (aby jeszcze bardziej mi nie urosły). Te ćwiczenia robię więc z minimalnym obciążeniem (kilka kg zamiast kilkadziesiąt) i wszystko jest ok. Wygląda to jak taki „aerobik na maszynach”, z którego za każdym razem wychodzę spocona jak… sama wiesz, co. :D
Jeśli, tak jak ja, lubisz ćwiczenia na nogi, ale wiesz, że nie powinnaś rozbudowywać mięśni dolnych partii ciała, to dobierz sobie mały ciężar (ja tutaj maks. 10 kg) i wykonuj dużo powtórzeń (np. 50 x 5)

Bądź jak sprinter i maratończyk jednocześnie

Na siłowni możesz ćwiczyć jak sprinter albo jak maratończyk, zależnie od tego, jaką chcesz mieć sylwetkę. Najlepiej byłoby połączyć ich systemy: robić to, co maratończyk (czyli długo – np. 1 h – średnio intensywnie ćwiczyć) – żeby tracić na wadze; a jednocześnie np. raz w tygodniu ćwiczyć jak sprinter (czyli dźwigać ciężary, ALE tylko na ściśle określone mięśnie) – aby optycznie powiększyć te partie ciała, które wydają Ci się za małe.
Ja właśnie tak robię: na co dzień ćwiczę głównie aerobowo (by kontrolować wagę), a raz-dwa w tygodniu ćwiczę siłowo na górne partie ciała (wtedy używam dużych ciężarów, by pobudzić mięśnie do wzrostu).

Rób co chcesz, ale ze zrozumieniem

Siłownia jest idealnym miejscem dla osób chudych (które chcą całe się powiększyć) oraz dla osób z wagą w normie, które chcą poprawić proporcje ciała (ćwicząc na ściśle określone partie). Osoby z nadwagą zaś nie powinny ćwiczyć z ciężarami, ponieważ przez to stałyby się jeszcze większe.

Jeśli masz nadwagę, a mimo to bardzo lubisz machać ciężarami, to nic straconego. Możesz na siłowni robić wiele rzeczy, pod warunkiem, że wiesz, jakie dadzą Ci one rezultaty. Jak zwykle w życiu, wszystko polega na zrozumieniu, na robieniu czegoś z głową – w tym przypadku ćwiczeniu tak, aby się bardziej nie rozbudować, tylko spalać duże ilości kalorii.

Znając ogólne zasady, zbudujesz sobie trening kompletny, trening dopasowany idealnie do Ciebie. Właśnie taki, jaki powinien ustalić Twój trener personalny – ale nie wiem, czy taki ktoś w ogóle istnieje, bo najczęściej trenerzy robią niestety zwykłe „kopiuj-wklej”...

Zasada jest prosta: jeśli chcesz dodać (mięśnie) – ćwiczysz dużymi ciężarami mało powtórzeń (ok. 10), a jeśli tracić (na wadze) – ćwiczysz mniejszymi ciężarami, ale z większą ilością powtórzeń (ok. 50).
Łącząc te ćwiczenia będziesz spalać tkankę tłuszczową, a jednocześnie też dodawać mięśnie w wybranych partiach ciała. Stworzysz sobie wtedy trening idealny, czyli taki, który będzie robił dokładnie to, co chcesz. W końcu szkoda czasu na „przypadkowe” rezultaty!

1 cze 2018

Jak rozpocząć fit metamorfozę i poradzić sobie z resztą kompleksów?

Chciałabyś wziąć się za siebie i w końcu ujrzeć w lustrze wymarzoną szczupłą sylwetkę, ale jesteś zdołowana innymi kompleksami, które spędzają Ci sen z powiek? Fakt, aktywny tryb życia i dobra dieta dodają pewności siebie, poprawiają samopoczucie, pomagają pozbyć się nadmiaru tkanki tłuszczowej (fałdek), poradzić sobie z różnymi problemami zdrowotnymi, ALE nie uwolnią Cię od wszystkich kompleksów…
Dzisiejsza notka będzie trochę motywacyjna, bo pomyślałam, że każdej z nas przydadzą się czasem ciepłe słowa otuchy.

Za małe, za duże, za „nie takie”

Każda z nas ma swoje osobiste kompleksy... a to krzywy nos, odstające uszy, małe oczy, niski wzrost itd.. Czasem zdarza się, że obiektywnie piękna dziewczyna z np. lekko garbatym nosem widzi całą siebie przez pryzmat tylko tej jednej wady.
Albo biust (z którym problem ma chyba każda z nas): za mały, za duży, za obwisły, za szeroko rozstawiony bla bla. Dla małych miseczek nie liczą się zalety z ich posiadania; każda kobieta chce mieć po prostu większy… Z kolei panie z większym biustem zazdroszczą tym z mniejszym jędrności i wygody noszenia ubrań.
Ach… już po tych przykładach widać, że trudno nam dogodzić! :D

Zawsze chcemy to, czego nie mamy

Rzecz „ta, której nie mamy” znajdzie się zawsze, bo główną cechą tej rzeczy jest to, że jej NIE MAMY. Gdy już ją zdobędziesz, nie będzie ona rzeczą, której nie masz, więc znajdziesz sobie nową. Z tego błędnego koła nie da się wyjść jedynie poprzez korektę swoich mankamentów, ponieważ to nie one są problemem. Problemem może być ukryte głęboko w Tobie przekonanie, że „coś z Tobą nie tak...”.

Przestań porównywać się do ideału

Tylko ideały mają wszystko, co trzeba… ale, czy one w ogóle istnieją?! Jeśli wpadłaś w pułapkę dążenia do ideału, który sobie wymyśliłaś i któremu (o zgrozo!) wciąż podnosisz poprzeczkę, to masz odpowiedź, dlaczego sądzisz, że coś z Tobą nie tak. Z ideałem nigdy nie wygrasz. Albo się więc uspokoisz i zrozumiesz, że nie można być perfekcyjnym w każdym calu, albo będziesz wiecznie walczyć. Wybierając tę drugą opcję zawsze będziesz na przegranej pozycji.

Nie jesteś najlepsza na świecie, bo nikt taki nie jest. Powinnaś być najlepszą wersją samej siebie i to będzie szczyt Twoich możliwości. Jedyną osobą, do której możesz bez obaw się porównywać, to TY sama. Tylko Ty wiesz, jaka byłaś wcześniej i jakie postępy już zrobiłaś. W tym przypadku liczy się tylko Twój osobisty mały świat.

Żadna z nas nie jest idealna. Porównując się do wyimaginowanego ideału będziesz wiecznie nieszczęśliwa, bo w rzeczywistości ZAWSZE znajdzie się coś, w czym jesteś od niego gorsza…

Skupiaj się na dobrym

Dzięki dobrej diecie i ćwiczeniom możesz zdziałać wiele, jednak niestety nie wszystko. Możesz schudnąć, pozbyć się nadmiaru tkanki tłuszczowej i czuć się lżej, ale z niektórymi mankamentami musisz się pogodzić. To pewnie już wiesz, więc po co ja Ci to piszę… a jednak piszę, bo czasem dużo wiemy, a i tak robimy wszystko na opak. W takim przypadku wiele zależy od Twojego nastawienia, a skoro tak – postaraj się szukać dobrych stron.

Skupianie się bowiem na słabych stronach będzie natrętnie utrzymywać Cię w przekonaniu, że jesteś beznadziejna. Przez to naprawdę stracisz szansę na bycie piękną, pełną wdzięku kobietą. Ubzdurasz sobie, że jesteś do niczego, aż w końcu rzeczywiście tak będzie (w psychologii nazywają to „samospełniającą się przepowiednią”). Stracisz wiele, nie zyskasz nic.

Skupiając się jedynie na swoich wadach po pierwsze automatycznie w ogóle nie dostrzegamy swoich zalet, a po drugie co gorsza – wyszukujemy w słowach innych samych negatywnych opinii, wciąż szukamy potwierdzenia swoich wad. Tak właśnie działa umysł, że ciągle doszukuje się tylko złego. Nasze ego nie może mieć świętego spokoju – zawsze szuka problemu. Jest jak pełnoetatowy pracownik, którego jedynym zadaniem jest gnębienie Cię – a Ty możesz mu się poddać lub pracować nad swoim nastawieniem.

Masz wiele innych zalet

Najlepszą terapią na jakiekolwiek kompleksy jest skupienie się na pozytywach. Pomyśl sobie tak: „mam mały biust i garbaty nos, ale za to jędrne pośladki, ładny sposób chodzenia, ładny kształt twarzy, zgrabne uszy, stopy, czy dłonie. Gdybym nie miała żadnych zalet, to byłby dopiero problem!”.

Twoje kompleksy to nie tylko Twój problem

Czyżbyś wiecznie narzekała wszystkim wokół, jaka to jesteś biedna ze swoimi mankamentami? Jeśli tak, to być może nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak zatruwasz innym życie…

Nie mów innym o swoich mankamentach

Nie ma żadnego powodu, dla którego miałabyś mówić innym o swoich mankamentach - chyba, że chcesz je uwydatnić! Są ludzie, którzy nigdy nie zapomną tego, co im powiedziałaś: jeśli raz powiesz komuś, że masz taki i taki problem, to oni już zawsze będą to pamiętać. Już zawsze będą patrzeć na Ciebie przez pryzmat tej wady i niechcący będą Ci o niej przypominać - a wtedy już tylko krok od obrażania się i kłótni. Jeśli więc nie chcesz kłócić się z innymi na temat swoich męczących kompleksów, to w ogóle nigdy o nich nie wspominaj.

Nie opieraj się na innych

Nikt przez całe życie nie będzie Ci powtarzał, że jesteś piękna. Jeśli Ty sama nie będziesz tego czuła, nigdy nie będziesz szczęśliwa. Jeśli obraz swojego ja oprzesz na kimś z zewnątrz, to właśnie on będzie decydował o Twoim samopoczuciu. Czasem wystarczy czyjeś jedno słowo, by zepsuć Ci cały dzień, czyż nie?
Ja kiedyś oparłam całe swoje postrzeganie siebie na moim chłopaku. Nie wiem, dla kogo było to bardziej męczące: dla niego, że nie mógł wypowiedzieć nigdy słowa krytyki w moją stronę bez ryzyka kłótni, czy dla mnie, że byłam zależna od jego opinii… Stałam się jak pijawka wysysająca z niego krew, a jak wiadomo, taki „układ” nie mógłby skończyć się dobrze…

Bądź swoją najlepszą przyjaciółką

Jeśli nie chcesz zamęczać wszystkich wokół i stwarzać sobie dodatkowych problemów, to zacznij polegać tylko na sobie. Spróbuj zostać swoją najlepszą przyjaciółką – wtedy nawet wady mogą śmieszyć! (Oczywiście, na patrzenie na siebie z dystansem potrzeba sporo czasu, ale lepiej kiedykolwiek zacząć, niż nigdy do tego nie dojść).

Jesteś skazana na… siebie

Jeśli nie masz pięciu-sześciu zer na koncie, to lepiej od razu pogódź się ze swoimi wadami, bo i tak jesteś na nie skazana. Nawet nie ma o czym dyskutować.

… ale inni nie są skazani na Ciebie

Uwierz mi, Twoi bliscy wokół bardzo Cię kochają, ale nikt nie zasłużył na to, żeby być wiecznie męczonym Twoimi wyimaginowanymi problemami. Może przyjść taki dzień, gdy ktoś będzie miał Cię serdecznie dosyć. Wtedy okaże się, że jest już za późno na zatrzymanie go przy sobie… Tylko czy nie będziesz tego żałować?

Jesteś skazana na siebie, ale inni wokół nie, dlatego weź się w garść i przestań wiecznie narzekać, zanim będzie za późno i wszyscy od Ciebie uciekną!

Pracuj nad tym, nad czym możesz

Nie wszystkie mankamenty można naprawić tak łatwo, jak za dużą wagę, nadmiar tkanki tłuszczowej, czy brak mięśni, ale proponuję skupić się najpierw na tym, bo akurat nad tym możesz popracować. Albo zaakceptujesz siebie taką, jaka jesteś i będziesz pracowała nad tym, na co masz wpływ, albo będziesz wiecznie nieszczęśliwa. Lepiej wybrać to pierwsze, choć wiadomo, że nie będzie to łatwe.

Gorsza od brzydkiej kobiety jest kobieta niepewna

Największe problemy zawsze leżą w naszych głowach. Myślisz, że każda kobieta jest zadowolona z siebie? - Większość z nas NIE JEST. Bez przerwy myślimy o dziesiątkach swoich słabych stron, których inni nawet nie zauważają. Zazdrościmy sobie nawzajem dosłownie wszystkiego, nie widząc ile same mogłybyśmy mieć wdzięku, gdybyśmy tylko przestały skupiać się na swoich wadach. Nie jesteś jedyną, która ma kompleksy, możesz za to być jedną z tych, którym nie zasłaniają one całego świata. Rachunek jest prosty... ale wybór należy do Ciebie.

Zastanów się, co mogłabyś zrobić, aby zyskać pewność siebie i eksponować tylko swoje mocne strony? Może zapisz się na kurs tańca (aby wydobyć swój wewnętrzny wdzięk) lub na zajęcia jogi (aby lepiej poznać swoje ciało)?

Zamknij oczy, weź głęboki oddech i spróbuj odpowiedzieć sobie na pytanie: „Za co kochasz innych? Za ich wygląd, czy za to jacy są?” Następnie odnieś to pytanie do siebie...

Wymówki znajdą się zawsze

Łatwo jest szukać wymówek, by wciąż wygodnie siedzieć na kanapie. Możesz albo mieć ładną, szczupłą sylwetkę i czuć się lekko (akceptując wady, których nie można zmienić), albo nie robić nic i tylko narzekać. To drugie łatwiej jest wybrać, ale to pierwsze – może sprawić, że w końcu poczujesz się szczęśliwa w swoim ciele.

Objadanie się i leżenie na kanapie na pewno nie rozwiążą żadnego z Twoich problemów. Jak mało czego w życiu, akurat tego możesz być pewna!

Najtrudniejsze są początki, dlatego nie ma na co czekać! Im wcześniej zaczniesz, tym szybciej będziesz miała je za sobą. Dopiero, gdy wejdziesz na właściwą drogę zobaczysz, że było warto! Pamiętaj, co powiedział kiedyś Albert Einstein:
Szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać różnych rezultatów.
Najlepiej więc sprawdź, jak przejść na dietę niskowęglowodanową oraz jak zwiększyć swoją aktywność fizyczną. A resztę po prostu olej!

18 maj 2018

Antybiotyki i hormony w mięsie: czy naprawdę jest się czego bać?

Ostatnio na zajęciach nasza profesor, ekspert ds. bezpieczeństwa żywności pochodzenia zwierzęcego, poruszyła temat antybiotyków w mięsie. Mówiła, że niedawno jeden z jej studentów orzekł, że nie je mięsa, bo „jest nafaszerowane antybiotykami, hormonami i nie wiadomo czym jeszcze...”.

Czy rzeczywiście lepiej nie jeść mięsa, by być wolnym od zanieczyszczeń żywności? - wręcz przeciwnie! Otóż panią profesor tak zdziwiła wypowiedź tego studenta, że postanowiła i nam dokładnie wyjaśnić tę sprawę. Powiedziała, żebyśmy dobrze jej wysłuchali, bo to bardzo ważne. Nie wiem, jak inni, ale ja otworzyłam zeszyt i zapisałam każde jej słowo.

Sama nasza profesor poprosiła, żebyśmy zawsze obalali takie mity i uświadamiali innych, że w mięsie NIE ZNAJDZIEMY antybiotyków itd.. Wszystko jest dokładnie sprawdzane, kontrolowane i w ogóle bezpieczne. Przyznała, że nie może patrzeć, jak ktoś nie chce jeść mięsa z powodu problemu, który właściwie nie istnieje...

Prawo unijne zakazuje stosowania antybiotyków, hormonów itp.

Od czasu wejścia w życie ustawy z dn. 22 lipca 2006 r. o paszach (Dz.U. 2006 Nr 144 poz. 1045)* wiele rzeczy zakazano w całej Unii Europejskiej. Nie znajdziesz w mięsie anabolików (hormonalnych, beta-agonistycznych), antybiotyków i innych leków weterynaryjnych, ponieważ prawo unijne zwyczajnie zabroniło stosowania tych substancji.
Powiesz: „tak, tak, prawo prawem, a hodowcy na pewno i tak robią swoje”. Otóż niekoniecznie. Kontrole są częste, a kary surowe, dlatego hodowcom zwyczajnie nie opłaca się oszukiwać w tych kwestiach (zresztą, znaleźli sobie alternatywne sposoby na uzyskiwanie podobnych wyników w hodowli, ale o tym za chwilę).
Link do treści całej ustawy znajdziesz na końcu notki, a najważniejsze cytaty z niej to:

Art. 15.
1. Zabrania się wytwarzania, wprowadzania do obrotu i stosowania w żywieniu zwierząt:
1) substancji i produktów szkodliwie wpływających na zdrowie zwierząt, jakość produktów pochodzenia zwierzęcego lub środowisko, zwanych dalej „substancjami zabronionymi”;
2) pasz:
a) zawierających substancję lub produkt, z wyłączeniem czynników patogennych, obecnych w paszy lub na jej powierzchni, które stanowią potencjalne zagrożenie dla zdrowia ludzi lub zwierząt, lub dla środowiska oraz mogą niekorzystnie wpływać na produkcję zwierzęcą, zwanych dalej „substancjami niepożądanymi”, w ilości przekraczającej ich dopuszczalną zawartość,
b) zepsutych, w szczególności o zmienionym smaku, zapachu lub wyglądzie, w wyniku procesów fermentacyjnych, gnilnych lub innych, spowodowanych:
– działaniem drobnoustrojów, grzybów lub roztoczy, lub
– wpływem temperatury, światła lub wilgotności, lub
– upływem czasu;
3) materiałów paszowych i mieszanek paszowych zawierających pozostałości pestycydów w ilości przekraczającej ich dopuszczalną zawartość; pasz genetycznie zmodyfikowanych oraz organizmów genetycznie zmodyfikowanych przeznaczonych do użytku paszowego.
2. Zabrania się wytwarzania mieszanek paszowych z materiałów paszowych, które zawierają substancje niepożądane w ilości przekraczającej ich dopuszczalną zawartość.
3. Powiatowy lekarz weterynarii w przypadku stwierdzenia, że pasza zawiera substancję niepożądaną w określonej ilości, podejmuje we współpracy z podmiotem działającym na rynku pasz działania mające na celu ustalenie źródła pochodzenia tej substancji, ograniczenie lub likwidację tego źródła lub inne działania mające na celu przeciwdziałanie potencjalnemu zagrożeniu.

Art. 30.
1. Do obrotu wprowadza się materiały paszowe i mieszanki paszowe oznakowane.

Art. 46.
1. Wprowadzane na obszar celny Unii Europejskiej pasze lub pasze lecznicze podlegają kontroli granicznej przeprowadzanej przez granicznego lekarza weterynarii, zgodnie z zasadami określonymi w rozdziale V rozporządzenia nr 882/2004, z przepisami o weterynaryjnej kontroli granicznej oraz ustawą.

Art. 52.
1. Minister właściwy do spraw rolnictwa w porozumieniu z ministrem właściwym do spraw środowiska, po uprzednim powiadomieniu Komisji Europejskiej, może, w przypadku poważnego zagrożenia dla zdrowia ludzi i zwierząt oraz dla środowiska, w drodze rozporządzenia:
1) wprowadzić czasowy zakaz przywozu na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej lub przewozu przez jej terytorium pasz lub pasz leczniczych z państw, w których to zagrożenie występuje,
2) określić szczególne wymagania dla pasz lub pasz leczniczych przywożonych na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej z innych państw – mając na względzie ochronę zdrowia ludzi i zwierząt oraz bezpieczeństwo środowiska, a także opinię Komisji Europejskiej w zakresie zastosowania wymienionych zakazów lub ograniczeń.

I wreszcie:
Art. 53.
1. Kto:
1) wytwarza, wprowadza do obrotu lub stosuje w żywieniu zwierząt pasze niespełniające warunków określonych w rozporządzeniu nr 183/2005, przepisach wydanych w trybie tego rozporządzenia lub ustawie,
2) wytwarza, wprowadza do obrotu lub stosuje w żywieniu zwierząt dodatki paszowe niespełniające warunków określonych w art. 3 ust. 1 lub ust. 3–5, art. 10 ust. 1 lub ust. 7, art. 11, art. 12 ust. 1 lub art. 16 ust. 5 rozporządzenia nr 1831/2003,
3) wprowadza do obrotu lub stosuje jako dodatki paszowe antybiotyki inne niż
kokcydiostatyki i histomonostatyki,
4) wytwarza, wprowadza do obrotu lub stosuje w żywieniu zwierząt pasze zawierające substancje, o których mowa w art. 15 ust. 1 pkt 1,
6) wytwarza mieszanki paszowe z materiałów paszowych zawierających substancje niepożądane w ilości przekraczającej ich dopuszczalną zawartość,
7) wprowadza do obrotu pasze genetycznie zmodyfikowane bez uzyskania zezwolenia, o którym mowa w przepisach rozporządzenia nr 1829/2003, albo dokonuje tej czynności niezgodnie z warunkami określonymi w tym zezwoleniu,
17) wytwarza, wprowadza do obrotu lub stosuje w żywieniu zwierząt materiały paszowe z grup, o których mowa w art. 24 ust. 1, niedopuszczone do obrotu w Unii Europejskiej,
18) będąc wytwórcą pasz leczniczych przeznaczonych do obrotu, wytwarza, przechowuje, wprowadza do obrotu lub transportuje te pasze lub produkty pośrednie niezgodnie z wymaganiami określonymi w art. 16 ust. 1, 2 lub 4, w art. 18 ust. 1 lub w przepisach wydanych na podstawie ust. 4, art. 20 ust. 1 lub art. 22 ust. 1,
19) będąc wytwórcą pasz leczniczych nieprzeznaczonych do obrotu, wytwarza i przechowuje te pasze niezgodnie z wymaganiami określonymi w art. 17 ust. 1–3 lub w art. 18 ust. 2 lub w przepisach wydanych na podstawie ust. 5,
21) nie znakuje wprowadzanych do obrotu materiałów paszowych, mieszanek paszowych lub pasz leczniczych albo znakuje je niezgodnie z wymaganiami określonymi w art. 30 ust. 2 lub w przepisach wydanych na podstawie art. 30 ust. 8,
23) stosuje w żywieniu zwierząt pasze niespełniające warunków określonych w ustawie w celach innych niż do badań naukowych lub bez powiadomienia powiatowego lekarza weterynarii,
25) nie informuje powiatowego lekarza weterynarii o tym, że pasza lub pasza lecznicza, niespełniające wymagań określonych w ustawie, mogą stwarzać poważne zagrożenie dla zdrowia ludzi, zwierząt lub dla środowiska
– podlega karze grzywny.
2. W sprawach, o których mowa w ust. 1, orzeka się na podstawie przepisów o postępowaniu w sprawach o wykroczenia.

Co było przed rokiem 2006? - czyli krótka historia antybiotyków paszowych

Regulacje prawne nt. antybiotyków paszowych po raz pierwszy wprowadzono w latach 50. XX wieku. Nie mogły one być wchłaniane z przewodu pokarmowego i kumulować się w mięsie, jajach, mleku (mowa tu o stosowanych wtedy penicylinie, czy tetracyklinach).
Antybiotyki paszowe stosowano głównie w celu zwiększenia przyrostu masy ciała zwierząt (stąd ich inna nazwa – antybiotykowe stymulatory wzrostu – ASW) , co oczywiście przekładało się na większe zyski hodowców.
Niestety, szybko okazało się, że stosowanie ASW ma też swoje ciemne strony. W 1997 r. Komisja Europejska opublikowała raport dotyczący zagrożeń związanych z antybiotykami paszowymi. Było to głównie szybsze rozprzestrzenianie się opornych bakterii u zwierząt. W związku z tym w 1999 r. wycofano z użycia niektóre ASW (bakcytracynę cynku, spiromycynę, wirginiamycynę i fosforan tyrozyny), aż właśnie DOPIERO w 2006 r. wszedł całkowity zakaz stosowania ASW w żywieniu zwierząt. Ponadto od 2004 r. w Polsce co roku opracowywany jest Krajowy Plan Urzędowej Kontroli Pasz mający na celu m.in. wykrywanie substancji przeciwbakteryjnych w paszach i wodzie.**

W Unii Europejskiej antybiotyki paszowe można stosować JEDYNIE w celach leczniczych, ale nawet wtedy nie ma powodów do obaw, ponieważ obowiązuje coś takiego jak okres karencji (czyli odpowiedni czas, jaki musi upłynąć przed ubojem, dający pewność, że mięso będzie wolne od zastosowanych leków). Nie musisz się więc bać, że kupisz w sklepie karkówkę, piersi kurczaka, antrykot, czy cokolwiek innego nafaszerowane antybiotykami i hormonami.

Obecnie zamiast antybiotyków stosuje się bezpieczne zamienniki

Oczywiście, zakaz stosowania ASW w żywieniu zwierząt przyniósł hodowcom niewyobrażalne straty. Konieczne więc było znalezienie alternatywnych sposobów na uzyskiwanie podobnych wyników. Oprócz poprawy warunków chowu zwierząt, lepszych programów profilaktycznych oraz optymalnego żywienia, zaczęto stosować bezpieczne dodatki paszowe, mające podobne działanie, co antybiotyki, ale nie dające skutków ubocznych. Takimi dodatkami są m.in. mikroelementy (cynk, miedź, selen), olejki eteryczne (oregano, anyżkowy, cytrusowy), ekstrakty z roślin, czy probiotyki, prebiotyki i zakwaszacze.**

Polska a np. Stany Zjednoczone

O ile, jak widzisz, w Polsce (i w całej Unii Europejskiej) prawo jest dosyć surowe, o tyle np. w USA zarówno hodowcy, jak i producenci mogą pozwolić sobie na znacznie więcej: w Polsce dozwolonych jest niespełna 300 dodatków (czyli różnych „E”), podczas gdy w Stanach aż… 1000!
W USA pozwalają nawet na hormony wzrostu (somatotropinę), co u nas jest niedopuszczalne. Gdy ktoś Ci więc mówi o niezliczonych ilościach chemicznych dodatków, zastanów się, czy nie ma na myśli właśnie krajów zachodnich (choć nawet i tam raczej nie ma powodów do obaw, ponieważ i tak obowiązuje okres karencji).

Ustawy są nudne… ale czasem warto je czytać

Rozporządzeń dot. bezpieczeństwa żywności pochodzenia zwierzęcego jest mnóstwo. Uwierz mi, że studiując na kierunku Bezpieczeństwo i Produkcja Żywności i pracując w sanepidzie, musiałam przeczytać nie jedną ustawę, rozporządzenie, czy dyrektywę nt. zasad postępowania przy obrocie żywności.
Nie chcę Cię jednak teraz zanudzać ilością aktów prawnych, które to regulują - wystarczy, że zapamiętasz tę jedną powyższą, najważniejszą w dzisiejszym temacie. Sama zresztą pamiętam, że musiało minąć sporo czasu, żebym nauczyła się czytać ustawy (wejdź w link do tej, którą podałam, a zobaczysz, że nie jest ona aż tak ekscytująca, jak krótka puenta, która z niej płynie!).

Czytanie ustaw jest żmudne i nudne – ale czasem warto się przyłożyć, by wyciągnąć z nich naprawdę ważną informację – np. o tym, że mięso, które jesz na terenie Unii Europejskiej, jest bezpieczne i wolne od hormonów, antybiotyków itd.

Bardziej zanieczyszczone są… rośliny

Skoro już mowa o zagrożeniach i zanieczyszczeniach w żywności, to warto zdać sobie sprawę, że najwięcej dostarcza ich żywność pochodzenia… roślinnego:
Warzywa ze względu na stały kontakt z glebą w znacznym stopniu kumulują metale ciężkie. Azotany (III) i azotany (V) obecne są również w żywności, szczególnie pochodzenia roślinnego, głównie ze względu na stosowanie nawozów mineralnych, ich obecności w wodach powierzchniowych zanieczyszczonych ściekami komunalnymi i przemysłowymi, odchodami zwierzęcymi oraz opadami atmosferycznymi. (…) Większość zagrożeń chemicznych wykrywanych w żywności należy do grupy skażeń trudnych lub wręcz niemożliwych do uniknięcia.***
Nic dodać, nic ująć…
No więc następnym razem, gdy ktoś zaatakuje Cię argumentem, że jesz skażone, pełne toksycznych substancji mięso, to powiedz mu o ustawie o paszach z 2006 r. oraz dodaj coś jeszcze na temat jego „czyściutkiej, zdrowej” sałatki. ;-)


* Ustawa z dnia 22 lipca 2006 r. o paszach: http://prawo.sejm.gov.pl/isap.nsf/download.xsp/WDU20061441045/T/D20061045L.pdf
** Ewa Bartosińska, Antybiotyki w paszach: http://agromaniak.com/pl/254/drukuj-artykul.html 
*** Barbara Sałata, Zapewnienie bezpieczeństwa i higieny produkcji żywności w gospodarstwie, Radom 2014, str. 12:  http://www.agrofagi.com.pl/plik,514,zapewnienie-bhp-w-gospodarstwie-pdf.pdf