16 listopada 2018

6 lat na diecie niskowęglowodanowej - moje korzyści

Ach, niedawno minęło 6 lat odkąd jestem na diecie niskowęglowodanowej. Jakby się tak zastanowić, to ćwierć mojego życia! Czasem mam wrażenie, że moje życie dzieli się na dwa etapy: PRZED i PO przejściu na dietę, a dokładniej na przed i po poznaniu mojego chłopaka, bo to od niego wszystko się zaczęło.
Prawie 7 lat temu dowiedziałam się, że można żyć bez bułek, ziemniaków i makaronu, a po jakimś czasie na własnej skórze się o tym przekonałam! Jakie odniosłam korzyści, jak mi się żyje i czy zamierzam dalej się tak odżywiać? - o tym w dzisiejszej notce.

PRZED I PO

Długo zastanawiałam się nad korzyściami, jakie odniosłam dzięki zmianie odżywiania, bo, jak to w życiu bywa, gdy jest dobrze, zazwyczaj nie zwracamy na to uwagi. Musiałam więc przeskanować się od stóp do głów i dokładnie prześledzić, co się zmieniło, by stworzyć pełną listę swoich „przed i po”.

Niektóre pozytywne skutki odczułam niemalże od razu po przejściu na dietę, inne po kilku miesiącach, a po 2,5 roku było ich na tyle dużo, że zebrałam je w notce: 2,5 roku na diecie niskowęglowodanowej - moje korzyści
Dziś czas na odświeżenie tych informacji oraz dodanie nowych korzyści, które odniosłam dzięki przejściu na moją wersję diety niskowęglowodanowej. Będę się trochę powtarzać, ale tylko po to, aby potwierdzić, że wszystkie korzyści, które wtedy odniosłam, nadal się utrzymują.

Najlepiej jak podzielę tę notkę na dwie części: najpierw opiszę ogólne plusy, które dostrzegłam, a potem, co będzie bardziej dokładne, opiszę Ci wszystkie dolegliwości, jakie miałam kiedyś, a o których teraz już zapomniałam na dobre. Lista jest dosyć długa, więc zaczynajmy.

Ogólne korzyści

Moje korzyści są następujące:
  • całkowicie zmieniła mi się sylwetka: wcześniej byłam „pulchna”, miałam więcej tkanki tłuszczowej i ogólnie „miękkie” ciało;
  • pozbyłam się nadmiaru wody z organizmu, co dobrze widać po twarzy, a także po stopach, bo obecnie noszę buty o rozmiar mniejsze;
  • mam energię na codzienne ćwiczenia, dzięki czemu ważę tyle, ile zawsze chciałam ważyć (ok. 50 kg) i mam przy tym zadowalającą ilość mięśni;
  • schudły mi nawet palce u rąk, które zawsze miałam pulchne;
  • po jedzeniu jestem naprawdę najedzona; nie czuję niedosytu, nie mam problemów z chęcią "jedzenia bez przerwy", czuję zdrowszy apetyt;
  • poprawiła mi się kondycja skóry: jest jędrniejsza i lepiej nawilżona;
  • jestem ogólnie bardzo zadowolona, jakoś tak pozytywniej nastawiona do życia, pozbyłam się wielu kompleksów, jestem bardziej spokojna wewnętrznie i mniej zestresowana.

Wygląd, choć bardzo ważny, to tylko jedna z wielu rzeczy, która może się poprawić dzięki diecie niskowęglowodanowej

Problemy, których już nie mam

Oto dolegliwości, które kiedyś towarzyszyły mi na co dzień, a które, po zmianie odżywiania, stopniowo ustąpiły na dobre:
  • często byłam przeziębiona, ponadto średnio dwa razy w roku miałam anginę (teraz już całkowicie o niej zapomniałam, nie miałam jej ANI RAZU od tych 6 lat! - to oznacza, że mam o wiele lepszą odporność);
  • 7 lat temu pani endokrynolog wykryła u mnie guzki tarczycy, które miały mi zostać operacyjnie wycięte, jednak zwlekałam z tym, bo się bałam… aż po roku od zmiany odżywiania okazało, że już wszystko jest w porządku (pomijam fakt, że lekarka nieźle mnie okrzyczała za to, że nie stawiłam się rok wcześniej na wizycie. Cóż jednak miała więcej robić, skoro widziała, że już nic mi nie jest! ;-));
  • miałam uczulenie na kosmetyki, nie mogłam używać tuszu do rzęs ani lakieru do paznokci, bo powodowało to zaczerwienienie oczu i podrażnienie skóry pod oczami, wizyty u lekarza nic nie pomagały, a pani dermatolog mówiła, że „taka moja uroda”;
  • miałam bardzo kruche, łamliwe paznokcie, ciągle się rozdwajały i mogłam tylko pomarzyć o długich pazurkach;
  • często byłam śpiąca i zmęczona w ciągu dnia, po powrocie ze szkoły obowiązkowo urządzałam sobie drzemki;
  • bolały mnie i piekły oczy, były wrażliwe na światło, często musiałam je przecierać;
  • często było mi na przemian zimno i gorąco, a jednocześnie miałam mokre, spocone ręce, aż nie chciałam się z nikim witać;
  • czasem miałam wzdęcia, uczucie brzucha twardego jak balon i problemy z wypróżnianiem;
  • cyklicznie miałam dużo krost, wyprysków, szczególnie na dekolcie i plecach;
  • miałam wiecznie spierzchnięte, popękane usta;
  • miałam suche, szorstkie łokcie, w ogóle cała musiałam ciągle smarować się balsamami mocno nawilżającymi, bo inaczej bym zwariowała, ponadto nie ruszałam się z domu bez kremu do rąk;
  • miałam dosyć suche włosy i ciągle się elektryzowały, często swędziała mnie też skóra głowy (teraz są w lepszym stanie, mimo iż od gimnazjum praktycznie codziennie je prostuję);
  • czasem cierpiałam na bezsenność, miałam koszmary, potrafiłam się budzić w środku nocy cała zlana potem;
  • miałam problemy z krążeniem krwi; moje nogi i ręce były najczęściej koloru zielono-fioletowego (nawet w lecie), poza tym czasem niespodziewanie drętwiały mi palce u rąk lub nóg, robiły się aż sine (objawy podobne do tych przy chorobie Raynauda);
  • gdy np. zacięłam się podczas golenia nóg, krew lała mi się jeszcze przez długie godziny, a teraz rany szybciej mi się goją;
  • nie wiadomo dlaczego, „bez powodu” czasem lała mi się krew z nosa;
  • miałam zdiagnozowane szmery sercowe, czasem też dziwnie kołatało mi serce, biło jakoś tak szybciej, jakby miało wyskoczyć;
  • miałam bardzo wrażliwe dziąsła, czasem krwawiły, musiałam używać jak najmiększych szczoteczek;
  • często bolały mnie zęby, regularnie chodziłam do dentysty.

Czy wszystko jest idealnie?

Jak widzisz, na przestrzeni tych 6 lat zebrała się dosyć spora lista korzyści, co oznacza, że coś w tym musi być. Oczywiście, nie jestem idealna i jak każdy mam czasem katar, chrypkę, wypryski, czy jestem zwyczajnie przeziębiona (choć bardzo rzadko), ale zawsze jest to krótkotrwałe i o wiele bardziej łagodne niż kiedyś. Poza tym świadczy raczej o oczyszczaniu się organizmu niż problemach zdrowotnych, o czym pisałam dokładnie w notce o samoleczeniu.

Jak wiesz, nadmiar węglowodanów oraz niedobór wartościowego białka i tłuszczu w diecie prowadzą do wielu problemów, choć nie zawsze od razu. Zdaję sobie sprawę z tego, że 6 lat na przestrzeni moich 24 lat życia to nadal nie na tyle dużo, abym mogła mówić, że wszystko w moim organizmie jest bez zarzutu. Po pierwsze, z czym na pewno się zgodzisz, dieta to nie wszystko (oprócz tego ważne są m. in. geny, aktywność fizyczna, tryb i miejsce życia, psychika itd.), a po drugie, wcześniej, przez ? życia, nie odżywiałam się za dobrze, więc nie mogę oczekiwać, że teraz wszystko naprawi się od razu.

Czy to może być dieta na całe życie?

Myślę, że już znasz odpowiedź na to pytanie. Jedyne, co Cię może nurtować, to samo sformułowanie „dieta na całe życie”, które brzmi jak przerażające zobowiązanie, które z miejsca chce się złamać… :D Tak, ale tylko wtedy, gdy nie wiesz, na co się piszesz. Ja po 6 latach mogę śmiało powiedzieć, że dieta niskowęglowodanowa to mój stały sposób odżywiania i nie wyobrażam sobie, żebym miała jeść inaczej.

Dziś jestem pewna, że przejście na dietę niskowęglowodanową to była najlepsza decyzja w moim życiu. Jeśli Ty masz różne wątpliwości, to mam dla Ciebie tylko jedną radę: nie myśl za dużo, tylko działaj, bo dopiero po czasie okaże się, że było warto!

Pamiętaj, że w tym momencie możesz nie wyobrażać sobie wielu rzeczy: że nie dasz rady zrezygnować z pieczywa, płatków śniadaniowych i innych pyszności, do których jesteś przyzwyczajona od dziecka. Jeśli jednak zdecydujesz się na zmiany, to zaręczam Ci, że przyjdzie taki dzień, w którym dzisiejsze „wygodne” życie wyda Ci się czymś równie abstrakcyjnym, co teraz te „trudne” wyzwania.

To jest chyba największa zaleta, jak i wada życia – wszystko się zmienia, czy tego chcemy, czy nie. To, co będziesz wkładała do ust, jak niewiele w życiu zależy akurat od Ciebie, więc szkoda to zmarnować! Pamiętaj o tym, kiedy następnym razem znów będziesz chciała pójść na łatwiznę. A gdy czasem najdzie Cię ochota na coś zakazanego, to pomyśl sobie: „je się może fajnie, ale po chwili już nie jest tak miło, więc PO CO CI TO?”.


2 listopada 2018

Kogel-mogel, czyli jak jeść słodkie i nie tyć?

Zastanawiasz się, czy istnieje deser, który mogłabyś jeść nie martwiąc się jednocześnie o obwód w pasie i nie zadręczając wyrzutami sumienia? A może chciałabyś jeść mniej węglowodanów, ale zjedzenie jednego batona „każe” Ci otwierać następnego i następnego? Jeśli chciałabyś osiągnąć „ten idealny stan”, w którym jesz coś słodkiego, jest wspaniale, ale potem nie czujesz niedosytu, to spróbuj zrobić… kogel-mogel!

Kogel-mogel to deser jak zwykle szybki i łatwy w wykonaniu, ponadto syci na długo i nie zmusza Cię do jedzenia więcej i więcej. Nawet jeśli jakiegoś dnia pokusi Cię zrobienie jeszcze jednej porcji, to i tak nadal zjesz mało węglowodanów i wszystko będzie ok. Kogel-mogel ma też stosunkowo niedużo kalorii, więc nie musisz się obawiać o swój bilans kaloryczny (oczywiście, jeśli wcześniej nie zjadłaś „niezauważenie” innych smakołyków i jeśli choć trochę się poruszałaś).

Przez ostatnie tygodnie jem następująco (od końca): na deser kogel-mogel z trzech żółtek, następnego dnia rano omlet z pozostałych białek, a na obiad piersi kurczaka w sosie śmietanowo-musztardowym lub karkówka (czyli dania w 5 minut). W międzyczasie popijam też rosół na skrzydełkach. Taki jadłospis to dla mnie strzał w dziesiątkę, jestem najedzona cały dzień, a jem chyba mniej niż wcześniej. Super!

Nie ma to jak zasiąść na kanapie, wyłożyć nogi przed siebie i rozkoszować się miską deseru - cały kogel-mogel tylko dla mnie!

Składniki (na jedną porcję)

  • 3 żółtka
  • 2 płaskie łyżeczki cukru (ok. 8-10 g)
  • opcjonalnie: łyżeczka kakao (ok. 5-6 g)

Sprzęt

  • mikser (ja używam ręcznego, bo zajmuje mało miejsca)
  • salaterka/szklana miseczka

Wykonanie

  1. Żółtka wbij do miski, dodaj cukier i miksuj (wystarczy jednym mieszadłem) do uzyskania jednolitej, puszystej konsystencji.
  2. Ewentualnie dodaj kakao, wymieszaj delikatnie łyżeczką i całość zmiksuj.
Tradycyjny kogel-mogel

Kogel-mogel z dodatkiem kakao

Gotowa porcja (bez kakao) ma:

226 kcal
białko: 9 g
tłuszcz: 17 g
węglowodany: 9 g




19 października 2018

Jak porządnie poćwiczyć, gdy nie możesz się zebrać?

Chcesz wykonać dobry trening, rozruszać wszystkie partie ciała i nieźle się przy tym zmęczyć, ale jednocześnie trochę nie chce Ci się ćwiczyć i nie możesz się zebrać? A może dziś nie jest dzień mycia włosów i nie chcesz zepsuć sobie fryzury, ale z drugiej strony szkoda Ci dnia na robienie powolnych ćwiczeń? Też mam czasem podobne dylematy, dlatego ostatnio wpadłam na pomysł idealnego treningu na taki niepewny dzień.

Nietypowe zalety treningu

Trening, który Ci zaraz opiszę sprawdza się zawsze, gdy:
  • śpię poza domem i chcę poćwiczyć następnego dnia rano, ale nie mam ze sobą stroju sportowego;
  • jest mi zimno i nie chce mi się przebierać w strój, wyciągać maty do ćwiczeń ani robić wszystkich tych przedtreningowych rytuałów;
  • mam krótką przerwę na ćwiczenia i nie chcę zepsuć sobie fryzury, szczególnie np. koka;
  • nie jest to dzień mycia włosów, nie chcę więc biegać ani robić typowo „skocznych” ćwiczeń (jak podskoki, pajacyki itd.), ale jednak chcę się porządnie zmęczyć i spalić dużo kalorii;
  • waham się, czy poćwiczyć, czy może zaglądnąć do lodówki;
  • chcę ładnie wyrzeźbić sylwetkę, ale nie mieć wielkich mięśni (tego akurat chcę zawsze! ;-)).

Ćwiczenia aerobowo-siłowe, czyli dużo powtórzeń małym ciężarem

Trening, który łączy opisane wyżej zalety składa się z ćwiczeń aerobowo-siłowych: z jednej strony wymaga porządnego ruchu i spalenia znacznych ilości kalorii, a z drugiej, dzięki użyciu niedużych ciężarków, ładnie modeluje i „podrzeźbia” sylwetkę.

U mnie wygląda to tak, że włączam sobie stoper, biorę do ręki ciężarki i każde ćwiczenie wykonuję 60 sekund (żeby wszystko szło sprawnie wybijam sobie rytm licząc w myślach do czterech). Używam małego obciążenia, tj. 1,25 kg lub 1,5 kg, a czasem nawet tylko 0,5 kg (zależnie od tego, czy jestem u chłopaka i mam sztangielki/talerze do ćwiczeń, czy jestem gdzie indziej i używam butelek z wodą).

Przykładowa rozpiska ćwiczeń

Ok, przejdźmy do konkretnych ćwiczeń. Oczywiście, możesz wykonywać ruchy jakie Ci tylko przyjdą do głowy, ale mój ulubiony zestaw wygląda następująco:
  1. Unoszenie ramion na boki z jednoczesnym ruchem prawej nogi w bok (to i następne trzy ćwiczenia wyglądają tak jak w tym treningu Mel B, tylko że w rękach masz dodatkowo ciężarki).
  2. Unoszenie zgiętej w kolanie prawej nogi z równoczesnym przyciąganiem do niej ugiętych w łokciach rąk.
  3. Ćw. nr 1, tylko zmiana nogi (lewa).
  4. Ćw. nr 2, tylko zmiana nogi (lewa).
  5. Przysiady (gdy schodzisz w dół, ciężarki wyciągaj przed siebie).
  6. Balansowanie w wykroku z prawą nogą do przodu (ciężarki cały czas nad głową).
  7. Ćw. nr 6, tylko zmiana nogi (lewa).
  8. Krążenie tułowia (30 sekund na jedną stronę).
  9. Przysiady w dużym rozkroku (gdy schodzisz w dół, ciężarkami dotykaj podłogi).
  10. Unoszenie ciężarków przed siebie z naprzemiennym ruchem nóg do przodu (takie „chodzenie” w miejscu z jednoczesnym unoszeniem rąk w przód).
  11. Ściąganie ciężarków pod ukos do ugiętej w kolanie prawej nogi.
  12. Ćw. nr 11, tylko zmiana nogi (lewa).
  13. Naprzemienne podnoszenie wyprostowanych nóg przed siebie do wyciągniętych rąk.

Ćwiczenie nr 3
Ćwiczenie nr 9
Ćwiczenie nr 12
Ćwiczenie nr 13

Wszystko powtarzam jeszcze dwa razy (cały trening trwa więc 13 min x 3 = 39 min), po czym się rozciągam (np. tak jak tutaj).

Wypróbuj, poeksperymentuj, a jestem pewna, że zakochasz się w takiej formie treningu – niby nie ma typowych skoków, ale można się porządnie zmęczyć, spalić kalorie i poprawić sobie humor – czego chcieć więcej? Do dzieła!


Szukaj

POLECANY POST

Co robić, aby schudnąć? - 12 kroków na cały 2018 rok

Chcesz wziąć się w garść i w końcu zająć się swoją sylwetką, ale nie wiesz co robić i od czego w ogóle zacząć? - Jeśli tak, to mam coś, co ...