10 sierpnia 2018

9 zalet pływania (po co, jak i gdzie pływać?)

Chciałabyś więcej się ruszać, spalać więcej kalorii, ale właściwie to nie lubisz prawie żadnego sportu? Jako że lato w pełni, dziś proponuję Ci pomyśleć o pływaniu. Dlaczego warto pływać, ile kalorii można przy tym spalić i w jaki sprzęt powinnaś się zaopatrzyć, by ruch ten sprawiał Ci więcej frajdy? - o tym w dzisiejszej notce.

9 korzyści z pływania

Pływanie, jak każdy sport, ma wiele zalet: poprawia kondycję, humor, pozytywnie wpływa na zdrowie oraz jest lepszym sposobem na utratę wagi niż głodzenie się. Poza tym pływanie ma kilka osobliwych plusów, które rozpisałam poniżej. Mam nadzieję, że chociaż połowa z nich zachęci Cię do działania!

1. Poruszasz się na świeżym powietrzu

Czyżbyś dotychczas lubiła tylko pasywny wypoczynek? Jeśli tak, to coś mi się wydaje, że już dawno nie pluskałaś się w wodzie! Pływanie to świetny sposób na aktywny wypoczynek, bo z jednej strony dużo się ruszasz, a z drugiej nie jest to tak męczący psychicznie trening, jak np. typowy aerobik (w wodzie, dzięki sile wyporu, ważymy zresztą 1/10 swojej masy, co jest bardzo motywujące).

Świeże powietrze, dotlenienie (tak odmienne od dotlenienia na sali pełnej spoconych ciał), piękne krajobrazy wokół – to wszystko sprawi, że pływanie stanie się wycieczką i antydepresantem w jednym. W ruchu i wśród natury umysł najlepiej się uspokaja, dzięki czemu odpoczniesz i zapomnisz na chwilę o wszystkich problemach.
Jakby się tak zastanowić, to sport (szczególnie na świeżym powietrzu) jest najlepszym lekiem na stres – a jego efektem ubocznym są setki spalonych kalorii. Musisz tylko nauczyć się jak najczęściej po niego sięgać.

Nic tak nie uspokaja, jak obserwacja natury (i to najlepiej w ruchu!)

Pamiętaj, że jeśli będziesz pływała na niestrzeżonej plaży, to obowiązkowo musisz zaopatrzyć się w asekuracyjną bojkę.
Ja używam takiej bojki-pamelki (jak na zdjęciu obok), gdy pływamy na żwirowni. Czuję się wtedy pewniej, bezpieczniej, mogę skupić się na samej przyjemności pływania bez obaw, że coś mi się stanie (lepiej zawsze dmuchać na zimne!).
Pamelka jest dobra, bo nie krępuje ruchów (przepasasz sznurek przez tułów i bojka płynie za Tobą), w ogóle nie czujesz jej „obecności”, ale gdybyś się zmęczyła albo złapał Cię skurcz na środku jeziora, to zawsze jest w pogotowiu: możesz się jej przytrzymać i odpocząć, po czym kontynuować pływanie.

2. Spalisz dużo kalorii

No właśnie, w odchudzaniu ciągle chodzi o te „nieszczęsne” kalorie (bo to bilans kaloryczny decyduje o naszej wadze). W ciągu godziny umiarkowanego pływania spalisz ok. 350 kcal, a intensywnego – ponad 600 kcal! Nie muszę chyba mówić, którą opcję lepiej wybrać?

3. Ładnie wymodelujesz sylwetkę

W wodzie trudniej jest się poruszać (bo ma o wiele większą gęstość niż powietrze) i z tego względu pływanie to świetny trening dla dosłownie wszystkich Twoich mięśni. Podczas pływania pracują zarówno mięśnie rąk, ramion, pleców, jak i pośladków oraz nóg. Jeśli już po przeczytaniu słowa MIĘŚNIE postanowiłaś zrezygnować z pływania, to spokojnie! Rekreacyjne pływanie, do którego Cię tutaj zachęcam, to trening cardio, więc na pewno nie sprawi, że wyjdziesz z wody napakowana jak kulturysta (choć pewnie mężczyźni chcieliby, aby nabieranie mięśni było tak łatwe, jak to wydaje się kobietom!).
Pływanie to idealny sposób na modelowanie sylwetki: dzięki niemu spalisz dużo kalorii oraz wyrobisz ładne, smukłe i – tak, tak – nieduże mięśnie. Dla nas kobiet ważna informacja jest też taka, że dzięki pływaniu (szczególnie żabką) rozrasta się klatka piersiowa (dzięki rozbudowie mięśni w tym obszarze oraz wzrostowi pojemności płuc).
Pływanie to świetny sposób na lekkie wyrzeźbienie sylwetki, osiągnięcie ładnego zarysu mięśni

4. Pływanie nie obciąża stawów, poprawia postawę ciała

Pływanie jest szczególnie dobre, wręcz wskazane, jeśli masz problemy ze stawami lub krzywy kręgosłup, czy skłonności do garbienia się. To jeden z niewielu takich sportów, który zaleca się przy rehabilitacji. Pływanie nie obciąża kręgosłupa ani stawów (ponieważ, jak już pisałam, w wodzie zamiast np. 80 kg ważysz tylko 8 kg, co jest wspaniałym odciążeniem dla szkieletu), a ponadto wzmacnia mięśnie pleców i brzucha, dzięki czemu poprawia się nasza postawa ciała.

5. Jeśli się znudzisz, możesz zmienić styl

Możesz wskoczyć do wody i pływać żabką (dzięki której najlepiej rozbudujesz klatkę piersiową), kraulem (przy którym najbardziej wzmocnisz nogi), delfinem (najtrudniejszy i najbardziej męczący styl, mało kobiet potrafi nim pływać, więc masz wyzwanie!) lub na grzbiecie (najłatwiejszy styl, dobry na początek oraz dla osób pływających w celach rehabilitacyjnych) - do wyboru do koloru. Jak Ci się znudzi jeden styl, to spróbuj płynąć innym, nie ma mowy o monotonii.

A jeśli nie umiesz pływać, to zacznij się uczyć (wtedy na początku będziesz dosłownie wykończona, i dobrze, bo spalisz wtedy jeszcze więcej kalorii!) lub zapisz się na aqua aerobik, czyli ćwiczenia w wodzie.

6. Nie odczujesz spływających po ciele kropli potu

Ostatnio koleżanka powiedziała mi coś, o czym nigdy wcześniej nie myślałam. Otóż jej najbardziej w ćwiczeniach przeszkadza to, że się... poci. Ja osobiście uwielbiam uczucie spływających po karku kropli potu, bo wtedy wiem, że daję z siebie wszystko, rozpiera mnie duma. Jeśli jednak Ty, tak jak ona, nie lubisz się pocić, to pływanie będzie dla Ciebie idealne. Chyba nie ma innego takiego sportu, który nawet po wielu godzinach intensywnego ruchu nie spowoduje, że zrobi Ci się nazbyt gorąco i że będziesz miała lepkie od potu pachy. W rzeczywistości jednak spocisz się niezwykle i nawet nie będziesz o tym wiedziała! ;-)

Masz jeszcze jakąś wymówkę? O, wiem! Pewnie chętnie byś popływała, ale dziś nie jest „dzień mycia włosów”? Jeśli tak, to pomyśl nad założeniem chustki lub nawet czepka! Pamiętaj, że kto chce, ten szuka sposobu, a kto nie chce – powodu...

7. Nikt Cię nie obserwuje

Nie lubisz, jak wszyscy się na Ciebie patrzą, gdy się ruszasz? Wstydzisz się swoich nadprogramowych kilogramów i najchętniej schowałabyś się głęboko pod ziemią, zła na siebie i cały świat? Jeśli tak, to wskakuj do jeziorka/morza/basenu i tam, pod przykryciem tafli wody, ćwicz do woli.

Brzmi śmiesznie, ale przecież nie zawsze chcemy, aby ktoś na nas patrzył, gdy ćwiczymy. Nie możemy się wtedy skupić na samym ruchu, tylko staramy się, aby wszystko wyglądało w miarę dobrze. Wiele kobiet ma taki problem, przez co całkowicie rezygnuje z ćwiczeń na świeżym powietrzu lub na siłowni – „bo wszędzie wokół są inni, którzy tylko obserwują i oceniają” (tak nam się oczywiście wydaje). Sęk w tym, że nie chcesz, aby Cię obserwowano, bo jesteś gruba, a jesteś gruba (nie ćwiczysz), bo... nie chcesz, aby Cię obserwowano! :D Musisz jakoś zacząć coś robić, by wydostać się z tego błędnego koła. Dzięki temu w końcu przyjdzie czas, że z dumą przejdziesz się po plaży!

Jeśli chcesz w wodzie schować się przed całym światem, to może kup sobie okularki do pływania. Ważne, aby były szczelne (z silikonem przysysającym się do twarzy, a nie na gąbce, która łatwo przecieka) oraz posiadały powłokę anti-fog, dzięki której nie będą zaparowywać.

8. Opalisz się

Możesz trochę popływać, a potem bezkarnie poleżeć chwilę na kocu (i tak kilka razy) – dzięki temu ładnie się opalisz, a jak wiemy, opalenizna wyszczupla, więc już po jednym takim „treningu” ujrzysz w lustrze szczęśliwszą, bardziej rumianą buzię i bardziej apetyczne ciałko!
Warto połączyć ruch z opalaniem – np. dzięki pływaniu ujędrnisz ciało i spalisz dużo kalorii, a dodatkowo dzięki słońcu trochę się przyrumienisz – efekt podwójnego wrażenia schudnięcia gwarantowany!

9. Możesz włączyć w zabawę całą rodzinę

Nie możesz ćwiczyć w trakcie urlopu, bo masz na głowie całą rodzinę? Jeśli tak, to włącz najbliższych w swoje ćwiczenia i pływajcie wszyscy razem! Wtedy będziesz miała trening z głowy i jeszcze do tego świetnie się zabawisz. Ponadto ruszając się z kimś może nawet spalisz więcej kalorii, będziesz dłużej pływać (może zaproponujesz wyścigi?), sama nie zauważając kiedy!
Jeśli masz dzieci, możecie nawet zabrać ze sobą piłkę i grać w wodzie, ruszając się i skacząc przy każdej możliwej okazji. Może być wesoło, nie zmarnuj tego!

„Tak ładnie popływałam, to może teraz czas na kebaba?”

O nie, nie! Pamiętaj, że po pływaniu w zimnej wodzie czasem mocno wzrasta apetyt i może Ci się nagle zacząć wydawać, że kebab lub pizza to jest to, na co zasłużyłaś po takim porządnym treningu. Jednak nic z tych rzeczy! Po takim wysiłku Twój organizm marzy o dawce pełnowartościowego białka i tłuszczu – czyli o mięsie. Sprawdź, jakie możesz przygotować dania mięsne w 5 minut, a jeśli jesteś z dala od domu, to może zamów sobie jakąś świeżą rybkę? (polecam flądrę, dorsza, solę, czy mintaja).
Tuszka flądry (niestety w panierce, choć na szczęście i tak niedużej) to świetny pomysł na obiad po intensywnym pływaniu. (Swoją drogą wiesz, co smakowało mi najbardziej? - chrupiące płetwy grzbietowe oraz ogon, których moja koleżanka nie chciała nawet tknąć – z korzyścią dla mnie, bo mogłam jej wszystkie wyjeść! ;-))

Jeśli chcesz na co dzień mieć dużo siły do ćwiczeń i odnieść inne korzyści to sprawdź, jak przejść na moją dietę

Spiesz się, póki lato w pełni!

Podsumowując, pływanie to jeden z niewielu sportów, który nie dość, że nie obciąża stawów i kręgosłupa, poprawia postawę i modeluje sylwetkę, to jeszcze pozwala „ukryć się” przed ciekawskimi spojrzeniami i nie powoduje mokrych plam potu pod pachami. Można się przy tym opalić i spędzić czas na świeżym powietrzu. I to wszystko (póki lato w pełni) za darmo!




27 lipca 2018

Chleb niskowęglowodanowy bez mąki

Jesteś na diecie niskowęglowodanowej od niedawna i wciąż tęsknisz ze chlebem?  Mam dla Ciebie przepis na „bezpieczny” chleb niskowęglowodanowy bez mąki (pszennej, gryczanej, ryżowej, czy innej zawierającej duże ilości węglowodanów). Chleb jest pyszny zarówno z samym masłem (szczególnie od razu po upieczeniu!), jak i z ulubionymi dodatkami. Jest to dobry pomysł na śniadanie lub kanapki do zjedzenia w pracy lub podczas podróży.

Jedna kromka mojego chleba ma co prawda dwa razy więcej kalorii niż chleba sklepowego  (120 vs. 60 kcal), ale za to praktycznie nie zawiera węglowodanów (1 vs. 13 g)

Składniki

  • 8 jajek
  • 140 g migdałów
  • 90 g masła extra


Sprzęt

  • blender (jeśli nie masz blendera, to polecam się w niego zaopatrzyć, bo lepiej raz wydać na sprzęt do rozdrabniania niż ciągle kupować o wiele droższe zmielone produkty, jak np. mąka migdałowa. Ja używam takiego blendera, a gdy pichcę coś u chłopaka – takiego. Oba są dobre i służą nam już wiele lat. Mój ma więcej gadżetów, ale właściwie rzadko ich używam).
  • mikser (praktyczny jest taki z metalową misą lub taki zwykły ręczny, gdy nie masz za dużo miejsca w kuchni)
  • forma do pieczenia chleba (ja użyłam takiej, o wymiarach 35 x 11 cm)
  • papier do pieczenia

Wykonanie

  1. Masło rozgrzej w rondelku i pozostaw do ostygnięcia.
  2. Migdały zmiel w blenderze na miałki proszek.
  3. Białka ubij na sztywną pianę, następnie dodaj żółtka, zmielone migdały i ubijaj chwilę na najmniejszych obrotach.
  4. Na koniec wlej ostudzone masło, całość delikatnie wymieszaj łyżką.
  5. Ciasto wylej równomiernie do formy wyłożonej papierem do pieczenia.
  6. Włóż do nagrzanego do 200 stopni piekarnika i piecz na złoty kolor ok. 20 minut. Następnie zmniejsz temperaturę do 180 stopni i piecz jeszcze 10 minut.
  7. Wyłącz piekarnik i pozostaw w nim chleb na ok. 5 minut. Po tym czasie chleb jest gotowy do jedzenia.

Kanapki z serem białym, kurczakiem i pomidorem/ogórkiem na niskowęglowodanowym chlebku to świetny pomysł na odżywcze śniadanie

Cały chleb ma:

1958 kcal
białko: 80 g
tłuszcz: 178 g
węglowodany: 14 g

Jedna kromka (1/16) ma:

123 kcal
białko: 5 g
tłuszcz: 11 g
węglowodany: 1 g





13 lipca 2018

Czy chcesz, żebym ułożyła Ci idealny jadłospis? - 4 powody, dla których nie warto

Postanowiłaś schudnąć – tym razem profesjonalnie - poszłaś więc do dietetyka i poprosiłaś go o „ułożenie diety”. Zapewniam Cię, że ja nigdy tego dla Ciebie nie zrobię... i zaraz się przekonasz, że to dla Twojego dobra!

Jak wygląda typowa wizyta u dietetyka?

Dietetyk to osoba, która ZNA SEKRET, wie jak schudnąć (choć czasem nie widać tego po nim samym), a Ty z uniżeniem do niego przychodzisz i prosisz o uchylenie rąbka tajemnicy, czyż nie?

Współpraca z typowym dietetykiem wygląda następująco: przychodzisz na pierwszą wizytę, zostajesz zważona i zmierzona, rozmawiacie chwilę o Twoich celach, mówisz o swoich ewentualnych dolegliwościach oraz o preferencjach smakowych, następnie płacisz i idziesz do domu. Za kilka dni dostajesz gotowy jadłospis na 2 tygodnie, dzięki czemu jesz przez ten czas wzorowo: co do grama odważasz produkty wypisane w menu, a nawet biegasz na drugi koniec miasta, żeby kupić przyprawę, która jest wymagana w przepisie. Wszystko po to, by było idealnie – tak, jak zaleciła pani dietetyk – i żeby W KOŃCU się udało. I rzeczywiście, udaje się: po tych dwóch tygodniach tracisz na wadze kilka dobrych kilogramów. Gratulacje!

Byłaś tak pochłonięta wzorowym stosowaniem się do zasad, że nawet nie zauważyłaś, że dieta, którą dostałaś miała 1000 kcal i w „normalnych warunkach” umarłabyś z głodu. Zauważasz to niestety po tych dwóch tygodniach, gdy jadłospis się kończy, a Ty nie wiesz, co dalej... Nie masz już sztywnych zasad, za które zapłaciłaś i do głowy zaczynają przychodzić Ci różne kuszące myśli: „Może by się tak porządnie najeść…” Ani się więc obejrzałaś, a z powrotem przybrałaś na wadze i do tego kompletnie straciłaś ochotę na stosowanie się do jakichkolwiek reguł. Gdzie popełniłaś błąd? - zapomniałaś, że po tych dwóch tygodniach życie będzie toczyć się dalej...

Po zakończeniu współpracy z dietetykiem odbijasz się od ściany

Ach… i tak oto schudłaś w dwa tygodnie nawet 5 kg, a potem… przybrałaś nawet i 8 kg. Za wszystko oczywiście obwiniasz siebie i znowu odbijasz się od ściany. Może za jakiś czas ponownie pójdziesz do dietetyka, on znowu rozpisze Ci dietę-głodówkę, Ty znowu będziesz latać po całym mieście, żeby znaleźć te konkretne produkty, które kazał Ci jeść („gdzie tu kupić bataty, przecież nie mogę złamać diety i zjeść zwykłych ziemniaków!”), a potem znowu wrócisz do punktu wyjścia.

Niestety, zazwyczaj tak to właśnie wygląda, gdy decydujesz się na rewolucję. To m. in. dlatego nie chcę podawać Ci na tacy gotowego jadłospisu. Poza tym jest jeszcze kilka innych argumentów przeciwko „układaniu diety”, więc czytaj dalej.

Dietetycy potwierdzają słuszność bilansu kalorycznego

Zanim przejdziemy do negatywnych stron płacenia za dietę, zauważ, że praca dietetyka ma jedną dużą zaletę: otóż układanie sztywnego jadłospisu (np. na te dwa tygodnie) to najlepszy dowód na to, że bilans kaloryczny DZIAŁA. Jest to też świetne potwierdzenie, że ludzie z nadwagą na ogół kłamią nt. tego, ile jedzą (bo „jakoś” każdy chudnie stosując się do niskokalorycznej diety). Wtedy wyraźnie widać, że w chudnięciu nie ma żadnej magii – po prostu prawie nic nie jedząc nie da się nie tracić na wadze.
(Oczywiście, mówię tu tylko o wadze, o czystych liczbach. Jeśli zaś chcesz mieć lepsze rezultaty, tj. chudnąć ładnie, tracić więcej tkanki tłuszczowej, a mniej mięśniowej, to takie efekty zapewni Ci tylko dieta z małą ilością węglowodanów).
Jeśli szukać jakiegokolwiek sensu w układaniu jadłospisu, to jest jeden: potwierdzenie, że bilans kaloryczny działa (kto by zresztą nie schudł na takiej diecie-głodówce?!)*

Dlaczego układanie jadłospisu jest bezcelowe?

Jeśli Twoim celem nie jest szybkie schudnięcie na chwilę, np. na dwa tygodnie przed ważnym wydarzeniem (jak ślub), to układanie dla Ciebie sztywnego jadłospisu nie powinno mieć żadnego sensu, choćby z tych kilku poniższych powodów:

1. Chudnie się od niedoboru kalorii, a nie od jakiejś konkretnej diety

Czasem ludzie się zachwycają, że chudną na jakiejś tam diecie, a nie rozumieją, że to nie ona konkretnie jest „cudowna”, lecz ilość znikomych kalorii, którą na niej zjadają. W kontroli wagi ciała przecież zawsze niezmiennie chodzi o bilans kaloryczny. Liczy się RELACJA pomiędzy kaloriami zjadanymi, a spalanymi: chudnie się od niedoboru kalorii i od niczego innego. To oznacza, że aby tracić na wadze musisz albo jeść mniej niż spalać (trzymać się restrykcyjnej diety), albo spalać więcej niż zjadać (mieć dietę w miarę normalną, ALE do tego dużo się ruszać).

Żeby więc jadłospis miał sens (jadłospis-głodówka raczej nie ma sensu w ogóle), to musiałabyś dostać też rozpiskę aktywności fizycznej. Bez uwzględnienia ruchu ułożona dieta jest bezcelowa na dłuższą metę (patrz: punkt 2.).
Pamiętaj: chudnie się od niedoboru kalorii, a nie od jakiejś odpowiedniej, konkretnej diety. Nie ma czegoś takiego, że jedna dieta „działa”, a druga „nie działa” - schudniesz zawsze, gdy będziesz miała ujemny bilans kaloryczny (a ten najlepiej wytworzyć łącząc aktywność fizyczną z w miarę normalną dietą)

2. Po krótkotrwałych dietach-głodówkach efekt jo-jo jest nieunikniony

To, co układają dietetycy, to zazwyczaj dieta-głodówka (talerz po brzegi wypełniony warzywami o trudnych do wymówienia nazwach, dzięki czemu jadłospis wydaje się urozmaicony, a posiłki duże – w rzeczywistości jednak niedostarczające prawie żadnych kalorii), a Ty jesteś tylko człowiekiem (po jakimś czasie bardzo głodnym człowiekiem), więc w końcu porzucasz taką katorgę, poddajesz się i zaczynasz się objadać. Efekt jo-jo to wtedy słowa, które jak echo odbijają się od każdej ściany Twojej kuchni.

3. Nie da się go zastosować, gdy gdzieś jedziesz

Jak np. na wakacjach wiesz, że jeśli zapomnisz spakować strój kąpielowy, to w ostateczności możesz wejść do morza w bieliźnie, tak w kwestiach odżywiania, bez podstawowej wiedzy, nie byłabyś już taka kreatywna w szukaniu zamienników produktów.
Załóżmy, że w rozpisce masz „30 g jogurtu naturalnego i 150 g włoszczyzny z wody”, a na wyjeździe nie masz gdzie tego kupić. Co się dzieje? Wszystko zaczyna Ci się dosłownie sypać, kompletnie nie wiesz, co robić: „czy, jak i ile mogę zjeść coś innego?!”. Chcąc nie chcąc szybko porzucasz więc całą wykupioną dietę... Rozumiejąc zasady odżywiania zaś mogłabyś jedynie uśmiechać się do osób, które mają takie dylematy.

4. Może Ci coś nie smakować

Masz codziennie na śniadanie zjadać owsiankę, bo dietetyk mówi, że po pierwsze jest zdrowa, a po drugie da Ci ona energię na cały poranek? - A co, jeśli po pierwsze Tobie owsianka w ogóle nie smakuje, a po drugie wcale nie czujesz po niej przypływu energii? - „musisz to jeść, bo tak mówi dietetyk”. I jak tu się cieszyć z nowego poranka, gdy wstajesz i masz zjeść coś tak niedobrego…? Wiedząc, że możesz jeść coś innego i chudnąć (nawet ładniej), nie byłabyś niewolnikiem upodobań dietetyka.

Zamiast czekać na sztywny jadłospis dowiedz się, jak to DZIAŁA

Jak widzisz, z jadłospisem od dietetyka jest sporo problemów, dlatego lepiej zamiast płacić za krótkoterminowe zalecenia, które i tak się nie sprawdzają, poznaj ogólne zasady i sama dopasuj sobie dietę: do stylu życia, upodobań, ćwiczeń itd..

Ja, zamiast dawania Ci „diety”, z której nic nie rozumiesz, chcę właśnie uświadomić Ci, jak to działa – żebyś nie musiała być uzależniona od dietetyka (w końcu tylko siebie i swoją wiedzę masz 24 h/dobę).

Dietę, która z mojego doświadczenia daje najlepsze rezultaty (dużo siły, mięśni, mało tkanki tłuszczowej), można opisać w jednym zdaniu: białko i tłuszcz (zwierzęce) jeść na smak, a węglowodany ograniczać do maks. 70 g/dzień.
Aby ułatwić Ci sprawę, wypisałam zasady diety, a wszystkie możliwe produkty podzieliłam na 5 grup – pierwsza, czyli te najbardziej pożądane (białkowo-tłuszczowe, czyli mięso, jaja, nabiał), po te coraz mniej wartościowe (węglowodanowe, czyli kasze, pieczywo, owoce, słodycze, warzywa i in.). Przeglądając grupy produktów, możesz wybrać sobie te, które lubisz najbardziej i wszystko dopasować idealnie do siebie.
Mniej więcej tak wyglądają moje posiłki w ciągu dnia: „obracam się” wokół „swoich” produktów, oprócz węglowodanów niczego nie liczę, nie przejadam się, a jeśli waga pokazuje za duże liczby, to robię sobie nieco mniejsze porcje lub więcej się ruszam – oto mój sekret szczupłej sylwetki

Znając ogólne zasady nie będziesz musiała zadawać nikomu np. takich pytań, jak:
  • „Czy mogę zjeść schab, czy jest za chudy?” - wiesz, że najważniejsze jest jedzenie średniotłustego mięsa – ale jakiego konkretnie, to już Twoja sprawa: ja np. bardzo lubię pieczoną karkówkę albo steki – Ty możesz preferować właśnie schab (choć wiesz, że jest dosyć chudy, więc robisz sobie do niego sos np. śmietanowo-musztardowy), gulasz z szynki, pieczone udka kurczaka, czy jeszcze coś innego, np. z moich przepisów.
  • „Czy mogę zjeść na śniadanie gulasz, a na obiad omlet, czy lepiej odwrotnie?” - kolejność posiłków nie ma znaczenia (choć dla niektórych to zbrodnia zjeść na śniadanie obiad :D). Ja lubię na śniadanie jeść omlet, jajecznicę albo grillowaną karkówkę, a Ty może wolisz śledzia w śmietanie, gulasz albo kanapki na niskowęglowodanowym chlebku własnej roboty – proszę bardzo.
  • „Czy muszę w ogóle jeść śniadanie?” - Nie. Ja np. lubię jeść obfite śniadanie, a nie lubię jeść wieczorem – Ty możesz jeść odwrotnie (bo wiesz, że jeśli chodzi o wagę, to nie liczy się to, kiedy jesz, tylko ile w sumie w ciągu całego dnia). 
  • „Czy mogę zjeść kawałek tortu na urodzinach?” - możesz, ale licząc węglowodany (aby nie przekroczyć 70 g/dzień) i w ramach zdrowego rozsądku (wiedząc, że jedzenie słodyczy pobudza apetyt i lepiej mieć się na baczności).
  • „Czy lepiej zjeść przed, czy po ćwiczeniach?” - lepiej wtedy, gdy czujesz, że jesteś głodna. Ja czasem wolę przed, czasem po – to nie ma znaczenia, bo liczy się ogólna ilość kalorii zjedzonych w ciągu całego dnia (tak, tak, pamiętasz, że w kwestiach wagi nie ma zmiłuj: kalorie liczą się zawsze).
  • „Czy mogę do obiadu dodać sobie jednego ziemniaka, czy jest zakazany?” - jest „zakazany”, ale jeśli masz ogromną ochotę, to raz na jakiś czas możesz zjeść (licząc oczywiście węglowodany). Z czasem odzwyczaisz się od takich zachcianek.
  • „Ile razy w tygodniu mam ćwiczyć?” - to zależy, ile jesz, ale 2-3 na początek na pewno (ja jem dużo i dlatego ćwiczę codziennie, aby nie przybierać na wadze).

Do wszystkiego możesz dojść sama, nie potrzebujesz „dietetyka-boga”, który będzie trzymał Cię za rękę. Jeśli chcesz, ja potrzymam Cię za rękę tylko chwilę, by wszystko Ci wytłumaczyć – potem będziesz już samodzielna. Czy to nie lepsza propozycja?

Jak samodzielnie kontrolować swój bilans kaloryczny?

Czy to, co robisz działa, najlepiej sprawdzać po wadze:
  • jeśli waga spada – to oznacza, że masz ujemny bilans, czyli wszystko „działa”;
  • jeśli waga stoi/rośnie – to oznacza, że masz zerowy/dodatni bilans, czyli coś „nie działa”, musisz się nieco bardziej się postarać.

Jeśli więc tracisz na wadze, to gratulacje – wszystko jest ok. Jeśli zaś nie chudniesz, to zadaj sobie po kolei następujące pytania:
  1. „Dlaczego nie chudnę?” - tutaj ZAWSZE jest taka sama odpowiedź - bo nie masz ujemnego bilansu.
  2. „Co zrobić, aby chudnąć?” - wytworzyć ujemny bilans (niedobór kalorii).
  3. „Jak wytworzyć niedobór kalorii?” - mniej jeść albo więcej się ruszać.

Zastanawiasz się, czy to może być aż tak proste, skoro ludzie od lat próbują schudnąć i wciąż im się nie udaje? - tak, to jest aż tak proste. Tak proste, że czasem aż trudne!


* Jan Hasik, Jan Gawęcki, Żywienie człowieka zdrowego i chorego, Warszawa 2003, str. 286-289

Szukaj

POLECANY POST

Co robić, aby schudnąć? - 12 kroków na cały 2018 rok

Chcesz wziąć się w garść i w końcu zająć się swoją sylwetką, ale nie wiesz co robić i od czego w ogóle zacząć? - Jeśli tak, to mam coś, co ...