23 mar 2018

Jak łatwo przytyć i zepsuć swoje rezultaty? - eksperyment

Czyżbyś była coraz bliżej swojej wymarzonej sylwetki i przez to poczułaś się zbyt pewnie na swojej pozycji? Przeszłaś na dietę niskowęglowodanową, zaczęłaś się więcej ruszać i dzięki temu odniosłaś wiele korzyści, schudłaś, każdy coraz bardziej podziwia Twoją nową sylwetkę, aż tu nagle stwierdziłaś, że… złapałaś Pana Boga za nogi i możesz już zakończyć starania?

Jeśli w pewnym momencie poczułaś, że to co robisz jest tak świetne, że już nie musisz się więcej starać i od teraz wszystko zrobi się za Ciebie… to UWAGA! Bo taka myśl może być początkiem końca Twoich świetnych rezultatów.
Dziś na swoim przykładzie pokażę Ci, że nigdy nie możemy przestawać się starać… bo wszystko, o co nie dbamy będziemy musiały prędzej czy później stracić.

Nigdy nie możesz przestawać się starać, bo ani się obejrzysz, a... nie będziesz mogła dopiąć spodni (i być może będzie to dopiero początek Twojego tycia)!

Nie ma „cudownego” sposobu

Program, który Ci proponuję, czyli połączenie ruchu z moją wersją diety niskowęglowodanowej to najprostszy sposób na schudnięcie bez ogromnych wyrzeczeń. Jeśli zrobiłaś to wszystko, o czym Ci pisałam i zauważyłaś spore efekty – wiesz, że mój sposób działa.
Jeśli schudłaś, to pewnie ładniej niż na innych dietach i bez szaleńczego głodu. Boję się tylko, że teraz stwierdzisz, że reszta załatwi się „sama”. Nic jednak nigdy nie zrobi się za Ciebie, nawet jeśli jest naprawdę wyjątkowe. Tak jak nie wystarczy kupić super odkurzacza, by mieć czysto w domu, tak samo nie wystarczy znać super sposobu, by mieć ładną sylwetkę – trzeba go jeszcze używać!

3 miesiące spoczęcia na laurach - eksperyment

Opowiem Ci na swoim przykładzie, jak można zacząć psuć swoje rezultaty mimo pozornego stosowania się do diety i ćwiczeń (czyli robiąc niby wszystko co trzeba, ale „byle jak”). Otóż jakiś czas temu postanowiłam sprawdzić, jak wyglądałabym, gdybym ważyła tyle co kiedyś (zobacz zdjęcia przed i po), ale będąc na zupełnie innej diecie. Byłam ciekawa, jak rozłożyłyby mi się te dodatkowe kilogramy (oczywiście w idealnym scenariuszu wszystko poszłoby mi w biust :D).

Zrobiłam więc eksperyment i postanowiłam przybrać na wadze: przez ok. trzy miesiące jadłam więcej (w ogóle nie odmawiałam sobie jedzenia; zaczęłam też dużo jeść wieczorami, czego wcześniej nigdy nie robiłam, poza tym jadłam też trochę więcej węglowodanów), do tego piłam więcej alkoholu (który ma puste kalorie, co „ułatwia” przybieranie na wadze) i mniej się ruszałam (trochę też ze względu na siedzącą pracę), unikałam ćwiczeń cardio, a gdy już ćwiczyłam, to się nie wysilałam, jeśli choć trochę mi się nie chciało.
Zrobiłam się po prostu wygodna: czy byłam głodna, czy nie, coś sobie jadłam, a gdy byłam choć trochę leniwa, to od razu odpuszczałam porządny trening (a to duża różnica, czy wyciskasz z siebie siódme poty, czy ledwo się ruszasz).

OBSERWACJE

Po tych trzech miesiącach przybrałam na wadze prawie 5 kg (49 vs. 54). W obwodach najwięcej przybyło mi w biodrach i udach (aż po 4 cm!) oraz w ramieniu (o 2 cm), zaś w talii i klatce piersiowej tylko o 1 cm. Poza tym zauważyłam ogólny spadek nastroju i lekkie rozleniwienie.

WNIOSKI

Z całego eksperymentu wyciągnęłam wiele cennych wniosków, które mam nadzieję i Tobie dadzą do myślenia:

1. Bilans kaloryczny obowiązuje ZAWSZE

Nie da się oszukać bilansu: każda osoba - nawet taka z najładniejszą sylwetką na świecie - gdy spocznie na laurach, zacznie przybierać na wadze.
Zwróć więc uwagę na to, jak łatwo można zepsuć swoje rezultaty! Mnie wystarczyło parę miesięcy, żeby przybrać kilka kg. Oczywiście w moim przypadku nie było to jeszcze na tyle dużo, żeby znajomi zaczęli oglądać się za mną z przerażeniem pt. „co ona ze sobą zrobiła?!” (przynajmniej taką mam nadzieję :D), ale mógłby to być początek takiego stanu, gdybym robiła to dłużej.

Teraz znów wracam do swoich starych dobrych nawyków, z którymi czułam się najlepiej: ćwiczę praktycznie codziennie, do tego dużo chodzę, nie przesadzam z węglowodanami (najlepiej się czuję, gdy nie przekraczam maks. 40 g/dzień, a nie 50-60 jak w czasie tego eksperymentu) i co najważniejsze w moim przypadku – nie jem wieczorami (mój przykładowy jadłospis).
To wszystko pozwoli mi uciąć nadprogramowo zjadane kalorie oraz spalać wystarczającą ich ilość, by powoli wrócić do stanu sprzed eksperymentu (muszę niestety liczyć się z tym, że schudnięcie nie będzie aż takie łatwe, jak było przytycie).

2. Albo będziesz gruba z większym biustem, albo szczupła z mniejszym...

albo nawet gruba nadal z mniejszym! :D Żadna z nas raczej nie chce ani jednej z tych opcji, ale… nie wszystko przecież zależy od nas. Za niektóre rzeczy odpowiedzialne są geny i tego nie przeskoczymy.
Jak widzisz po moich wynikach, najwięcej z tych dodatkowych kilogramów ulokowało mi się w biodrach i udach, a w klatce piersiowej najmniej – i nic na to nie poradzę (i tak dużo już zdziałałam polepszając swoje proporcje ćwiczeniami siłowymi na górne partie ciała, więc nie mogę być zbyt zachłanna :D).

W swojej sylwetce możemy dużo zmienić (wagę, proporcje ciała), jednak nie wszystko w 100% (chyba że operacyjnie… ;-)). Lepiej więc doceniać to, co się ma i przede wszystkim dbać o to, bo, jak widzisz, dotychczasowe rezultaty też łatwo jest zepsuć.

Jeśli czegoś nie możesz całkowicie zmienić, to rób tyle na ile możesz, a z resztą lepiej się po prostu pogódź - zaoszczędzisz sobie czasu...

3. Na diecie niskowęglowodanowej i tak tyje się „ładniej”

Co ciekawe, z większą wagą i tak nie wyglądałam tak źle, jak kiedyś (5 lat temu, przed zmianą diety i nawyków) – jedząc dużo kalorii, ale stosunkowo nadal mało węglowodanów, nawet przybierając na wadze tyje się „ładniej” - nie zatrzymuje się woda w organizmie, nie ma się poważnego nadmiaru tkanki tłuszczowej. Jednak „duża” pewnie też nie chcesz być, więc bilansu lepiej przestrzegać zawsze.

Nigdy nie możemy przestawać się starać

Ten eksperyment pokazał mi, że WSZYSTKO jest możliwe (i to nie zawsze w dobrą stronę :D), dlatego nie możemy się poddawać i spoczywać na laurach. Bo możesz obudzić się pewnego dnia ze zdziwieniem, że jesteś taka gruba... Ze zdziwieniem? - A potem z bólem będziesz musiała przyznać, że sama do tego doprowadziłaś!