13 lipca 2018

Czy chcesz, żebym ułożyła Ci idealny jadłospis? - 4 powody, dla których nie warto

Postanowiłaś schudnąć – tym razem profesjonalnie - poszłaś więc do dietetyka i poprosiłaś go o „ułożenie diety”. Zapewniam Cię, że ja nigdy tego dla Ciebie nie zrobię... i zaraz się przekonasz, że to dla Twojego dobra!

Jak wygląda typowa wizyta u dietetyka?

Dietetyk to osoba, która ZNA SEKRET, wie jak schudnąć (choć czasem nie widać tego po nim samym), a Ty z uniżeniem do niego przychodzisz i prosisz o uchylenie rąbka tajemnicy, czyż nie?

Współpraca z typowym dietetykiem wygląda następująco: przychodzisz na pierwszą wizytę, zostajesz zważona i zmierzona, rozmawiacie chwilę o Twoich celach, mówisz o swoich ewentualnych dolegliwościach oraz o preferencjach smakowych, następnie płacisz i idziesz do domu. Za kilka dni dostajesz gotowy jadłospis na 2 tygodnie, dzięki czemu jesz przez ten czas wzorowo: co do grama odważasz produkty wypisane w menu, a nawet biegasz na drugi koniec miasta, żeby kupić przyprawę, która jest wymagana w przepisie. Wszystko po to, by było idealnie – tak, jak zaleciła pani dietetyk – i żeby W KOŃCU się udało. I rzeczywiście, udaje się: po tych dwóch tygodniach tracisz na wadze kilka dobrych kilogramów. Gratulacje!

Byłaś tak pochłonięta wzorowym stosowaniem się do zasad, że nawet nie zauważyłaś, że dieta, którą dostałaś miała 1000 kcal i w „normalnych warunkach” umarłabyś z głodu. Zauważasz to niestety po tych dwóch tygodniach, gdy jadłospis się kończy, a Ty nie wiesz, co dalej... Nie masz już sztywnych zasad, za które zapłaciłaś i do głowy zaczynają przychodzić Ci różne kuszące myśli: „Może by się tak porządnie najeść…” Ani się więc obejrzałaś, a z powrotem przybrałaś na wadze i do tego kompletnie straciłaś ochotę na stosowanie się do jakichkolwiek reguł. Gdzie popełniłaś błąd? - zapomniałaś, że po tych dwóch tygodniach życie będzie toczyć się dalej...

Po zakończeniu współpracy z dietetykiem odbijasz się od ściany

Ach… i tak oto schudłaś w dwa tygodnie nawet 5 kg, a potem… przybrałaś nawet i 8 kg. Za wszystko oczywiście obwiniasz siebie i znowu odbijasz się od ściany. Może za jakiś czas ponownie pójdziesz do dietetyka, on znowu rozpisze Ci dietę-głodówkę, Ty znowu będziesz latać po całym mieście, żeby znaleźć te konkretne produkty, które kazał Ci jeść („gdzie tu kupić bataty, przecież nie mogę złamać diety i zjeść zwykłych ziemniaków!”), a potem znowu wrócisz do punktu wyjścia.

Niestety, zazwyczaj tak to właśnie wygląda, gdy decydujesz się na rewolucję. To m. in. dlatego nie chcę podawać Ci na tacy gotowego jadłospisu. Poza tym jest jeszcze kilka innych argumentów przeciwko „układaniu diety”, więc czytaj dalej.

Dietetycy potwierdzają słuszność bilansu kalorycznego

Zanim przejdziemy do negatywnych stron płacenia za dietę, zauważ, że praca dietetyka ma jedną dużą zaletę: otóż układanie sztywnego jadłospisu (np. na te dwa tygodnie) to najlepszy dowód na to, że bilans kaloryczny DZIAŁA. Jest to też świetne potwierdzenie, że ludzie z nadwagą na ogół kłamią nt. tego, ile jedzą (bo „jakoś” każdy chudnie stosując się do niskokalorycznej diety). Wtedy wyraźnie widać, że w chudnięciu nie ma żadnej magii – po prostu prawie nic nie jedząc nie da się nie tracić na wadze.
(Oczywiście, mówię tu tylko o wadze, o czystych liczbach. Jeśli zaś chcesz mieć lepsze rezultaty, tj. chudnąć ładnie, tracić więcej tkanki tłuszczowej, a mniej mięśniowej, to takie efekty zapewni Ci tylko dieta z małą ilością węglowodanów).
Jeśli szukać jakiegokolwiek sensu w układaniu jadłospisu, to jest jeden: potwierdzenie, że bilans kaloryczny działa (kto by zresztą nie schudł na takiej diecie-głodówce?!)*

Dlaczego układanie jadłospisu jest bezcelowe?

Jeśli Twoim celem nie jest szybkie schudnięcie na chwilę, np. na dwa tygodnie przed ważnym wydarzeniem (jak ślub), to układanie dla Ciebie sztywnego jadłospisu nie powinno mieć żadnego sensu, choćby z tych kilku poniższych powodów:

1. Chudnie się od niedoboru kalorii, a nie od jakiejś konkretnej diety

Czasem ludzie się zachwycają, że chudną na jakiejś tam diecie, a nie rozumieją, że to nie ona konkretnie jest „cudowna”, lecz ilość znikomych kalorii, którą na niej zjadają. W kontroli wagi ciała przecież zawsze niezmiennie chodzi o bilans kaloryczny. Liczy się RELACJA pomiędzy kaloriami zjadanymi, a spalanymi: chudnie się od niedoboru kalorii i od niczego innego. To oznacza, że aby tracić na wadze musisz albo jeść mniej niż spalać (trzymać się restrykcyjnej diety), albo spalać więcej niż zjadać (mieć dietę w miarę normalną, ALE do tego dużo się ruszać).

Żeby więc jadłospis miał sens (jadłospis-głodówka raczej nie ma sensu w ogóle), to musiałabyś dostać też rozpiskę aktywności fizycznej. Bez uwzględnienia ruchu ułożona dieta jest bezcelowa na dłuższą metę (patrz: punkt 2.).
Pamiętaj: chudnie się od niedoboru kalorii, a nie od jakiejś odpowiedniej, konkretnej diety. Nie ma czegoś takiego, że jedna dieta „działa”, a druga „nie działa” - schudniesz zawsze, gdy będziesz miała ujemny bilans kaloryczny (a ten najlepiej wytworzyć łącząc aktywność fizyczną z w miarę normalną dietą)

2. Po krótkotrwałych dietach-głodówkach efekt jo-jo jest nieunikniony

To, co układają dietetycy, to zazwyczaj dieta-głodówka (talerz po brzegi wypełniony warzywami o trudnych do wymówienia nazwach, dzięki czemu jadłospis wydaje się urozmaicony, a posiłki duże – w rzeczywistości jednak niedostarczające prawie żadnych kalorii), a Ty jesteś tylko człowiekiem (po jakimś czasie bardzo głodnym człowiekiem), więc w końcu porzucasz taką katorgę, poddajesz się i zaczynasz się objadać. Efekt jo-jo to wtedy słowa, które jak echo odbijają się od każdej ściany Twojej kuchni.

3. Nie da się go zastosować, gdy gdzieś jedziesz

Jak np. na wakacjach wiesz, że jeśli zapomnisz spakować strój kąpielowy, to w ostateczności możesz wejść do morza w bieliźnie, tak w kwestiach odżywiania, bez podstawowej wiedzy, nie byłabyś już taka kreatywna w szukaniu zamienników produktów.
Załóżmy, że w rozpisce masz „30 g jogurtu naturalnego i 150 g włoszczyzny z wody”, a na wyjeździe nie masz gdzie tego kupić. Co się dzieje? Wszystko zaczyna Ci się dosłownie sypać, kompletnie nie wiesz, co robić: „czy, jak i ile mogę zjeść coś innego?!”. Chcąc nie chcąc szybko porzucasz więc całą wykupioną dietę... Rozumiejąc zasady odżywiania zaś mogłabyś jedynie uśmiechać się do osób, które mają takie dylematy.

4. Może Ci coś nie smakować

Masz codziennie na śniadanie zjadać owsiankę, bo dietetyk mówi, że po pierwsze jest zdrowa, a po drugie da Ci ona energię na cały poranek? - A co, jeśli po pierwsze Tobie owsianka w ogóle nie smakuje, a po drugie wcale nie czujesz po niej przypływu energii? - „musisz to jeść, bo tak mówi dietetyk”. I jak tu się cieszyć z nowego poranka, gdy wstajesz i masz zjeść coś tak niedobrego…? Wiedząc, że możesz jeść coś innego i chudnąć (nawet ładniej), nie byłabyś niewolnikiem upodobań dietetyka.

Zamiast czekać na sztywny jadłospis dowiedz się, jak to DZIAŁA

Jak widzisz, z jadłospisem od dietetyka jest sporo problemów, dlatego lepiej zamiast płacić za krótkoterminowe zalecenia, które i tak się nie sprawdzają, poznaj ogólne zasady i sama dopasuj sobie dietę: do stylu życia, upodobań, ćwiczeń itd..

Ja, zamiast dawania Ci „diety”, z której nic nie rozumiesz, chcę właśnie uświadomić Ci, jak to działa – żebyś nie musiała być uzależniona od dietetyka (w końcu tylko siebie i swoją wiedzę masz 24 h/dobę).

Dietę, która z mojego doświadczenia daje najlepsze rezultaty (dużo siły, mięśni, mało tkanki tłuszczowej), można opisać w jednym zdaniu: białko i tłuszcz (zwierzęce) jeść na smak, a węglowodany ograniczać do maks. 70 g/dzień.
Aby ułatwić Ci sprawę, wypisałam zasady diety, a wszystkie możliwe produkty podzieliłam na 5 grup – pierwsza, czyli te najbardziej pożądane (białkowo-tłuszczowe, czyli mięso, jaja, nabiał), po te coraz mniej wartościowe (węglowodanowe, czyli kasze, pieczywo, owoce, słodycze, warzywa i in.). Przeglądając grupy produktów, możesz wybrać sobie te, które lubisz najbardziej i wszystko dopasować idealnie do siebie.
Mniej więcej tak wyglądają moje posiłki w ciągu dnia: „obracam się” wokół „swoich” produktów, oprócz węglowodanów niczego nie liczę, nie przejadam się, a jeśli waga pokazuje za duże liczby, to robię sobie nieco mniejsze porcje lub więcej się ruszam – oto mój sekret szczupłej sylwetki

Znając ogólne zasady nie będziesz musiała zadawać nikomu np. takich pytań, jak:
  • „Czy mogę zjeść schab, czy jest za chudy?” - wiesz, że najważniejsze jest jedzenie średniotłustego mięsa – ale jakiego konkretnie, to już Twoja sprawa: ja np. bardzo lubię pieczoną karkówkę albo steki – Ty możesz preferować właśnie schab (choć wiesz, że jest dosyć chudy, więc robisz sobie do niego sos np. śmietanowo-musztardowy), gulasz z szynki, pieczone udka kurczaka, czy jeszcze coś innego, np. z moich przepisów.
  • „Czy mogę zjeść na śniadanie gulasz, a na obiad omlet, czy lepiej odwrotnie?” - kolejność posiłków nie ma znaczenia (choć dla niektórych to zbrodnia zjeść na śniadanie obiad :D). Ja lubię na śniadanie jeść omlet, jajecznicę albo grillowaną karkówkę, a Ty może wolisz śledzia w śmietanie, gulasz albo kanapki na niskowęglowodanowym chlebku własnej roboty – proszę bardzo.
  • „Czy muszę w ogóle jeść śniadanie?” - Nie. Ja np. lubię jeść obfite śniadanie, a nie lubię jeść wieczorem – Ty możesz jeść odwrotnie (bo wiesz, że jeśli chodzi o wagę, to nie liczy się to, kiedy jesz, tylko ile w sumie w ciągu całego dnia). 
  • „Czy mogę zjeść kawałek tortu na urodzinach?” - możesz, ale licząc węglowodany (aby nie przekroczyć 70 g/dzień) i w ramach zdrowego rozsądku (wiedząc, że jedzenie słodyczy pobudza apetyt i lepiej mieć się na baczności).
  • „Czy lepiej zjeść przed, czy po ćwiczeniach?” - lepiej wtedy, gdy czujesz, że jesteś głodna. Ja czasem wolę przed, czasem po – to nie ma znaczenia, bo liczy się ogólna ilość kalorii zjedzonych w ciągu całego dnia (tak, tak, pamiętasz, że w kwestiach wagi nie ma zmiłuj: kalorie liczą się zawsze).
  • „Czy mogę do obiadu dodać sobie jednego ziemniaka, czy jest zakazany?” - jest „zakazany”, ale jeśli masz ogromną ochotę, to raz na jakiś czas możesz zjeść (licząc oczywiście węglowodany). Z czasem odzwyczaisz się od takich zachcianek.
  • „Ile razy w tygodniu mam ćwiczyć?” - to zależy, ile jesz, ale 2-3 na początek na pewno (ja jem dużo i dlatego ćwiczę codziennie, aby nie przybierać na wadze).

Do wszystkiego możesz dojść sama, nie potrzebujesz „dietetyka-boga”, który będzie trzymał Cię za rękę. Jeśli chcesz, ja potrzymam Cię za rękę tylko chwilę, by wszystko Ci wytłumaczyć – potem będziesz już samodzielna. Czy to nie lepsza propozycja?

Jak samodzielnie kontrolować swój bilans kaloryczny?

Czy to, co robisz działa, najlepiej sprawdzać po wadze:
  • jeśli waga spada – to oznacza, że masz ujemny bilans, czyli wszystko „działa”;
  • jeśli waga stoi/rośnie – to oznacza, że masz zerowy/dodatni bilans, czyli coś „nie działa”, musisz się nieco bardziej się postarać.

Jeśli więc tracisz na wadze, to gratulacje – wszystko jest ok. Jeśli zaś nie chudniesz, to zadaj sobie po kolei następujące pytania:
  1. „Dlaczego nie chudnę?” - tutaj ZAWSZE jest taka sama odpowiedź - bo nie masz ujemnego bilansu.
  2. „Co zrobić, aby chudnąć?” - wytworzyć ujemny bilans (niedobór kalorii).
  3. „Jak wytworzyć niedobór kalorii?” - mniej jeść albo więcej się ruszać.

Zastanawiasz się, czy to może być aż tak proste, skoro ludzie od lat próbują schudnąć i wciąż im się nie udaje? - tak, to jest aż tak proste. Tak proste, że czasem aż trudne!


* Jan Hasik, Jan Gawęcki, Żywienie człowieka zdrowego i chorego, Warszawa 2003, str. 286-289

Szukaj

POLECANY POST

Co robić, aby schudnąć? - 12 kroków na cały 2018 rok

Chcesz wziąć się w garść i w końcu zająć się swoją sylwetką, ale nie wiesz co robić i od czego w ogóle zacząć? - Jeśli tak, to mam coś, co ...