21 września 2018

Jak schudnąć ostatnie kilka kg?

Założę się, że było tak: postanowiłaś schudnąć (w tym celu zaczęłaś mniej jeść i/lub więcej się ruszać) i na początku pięknie traciłaś na wadze, dosłownie chudłaś w oczach. Potem jednak przyszedł czas, że waga stanęła na dobre, a Twój cały entuzjazm zniknął…
Jeśli właśnie jesteś na końcu swojej drogi po wymarzoną sylwetkę (tj. masz do zrzucenia ostatnie 4-5 kg – tak, jak ja miałam niedawno) i nie masz pomysłu, co dalej robić, to już spieszę z pomocą!

Im bliżej mety, tym trudniej

Hurra! Udało mi się wrócić do wcześniejszej wagi!
Pamiętasz, jak jakiś czas temu pisałam o swoim eksperymencie? Postanowiłam wtedy przybrać na wadze, aby zobaczyć, jak rozłożą mi się te dodatkowe kilogramy. Przytyć udało mi się bardzo łatwo (w ciągu trzech miesięcy przybrałam 5 kg, tj. 49 kg vs. 54 kg), ale eksperyment niestety nie dał zadowalających rezultatów (najbardziej przytyłam w biodrach, a w biuście praktycznie wcale :D), więc zaraz po napisaniu tamtej notki zabrałam się za powrót do wcześniejszej wagi. Jak się pewnie domyślasz, nie było to już tak łatwe, jak przytycie.

Dopiero po sześciu miesiącach udało mi się stabilnie ważyć 50 kg i wtedy też stwierdziłam, że na tym poprzestanę, bo właściwie ważąc 49 kg byłam trochę za chuda (poza tym mam teraz więcej mięśni, więc muszę ważyć nieco więcej). Achh, ale i tak przyznam, że było to wyzwanie.

Znajomi: „Przecież już nie musisz się odchudzać...”

Jak schudnąć, gdy już i tak ważysz mało i wszyscy wokół mówią Ci, że jest ok? - Odpowiedź brzmi: nie będzie łatwo. Od razu musisz sobie uświadomić, że będzie to czas, w którym będziesz chciała się poddać, bardzo poddać. Będziesz najbardziej głodna i najbardziej bezsilna.
Będzie to czas, w którym wszystko zależy od Twojej silnej woli. Znajomi będą mówić, że przesadzasz i już nie musisz chudnąć (pewnie trochę z dobrego serca, a trochę z zazdrości, że w ogóle tak świetnie Ci idzie) i Twój organizm też będzie jakiś taki „niechętny”.

Twój organizm też nie będzie Cię wspierał

Zastanawiasz się, dlaczego na końcu drogi jest prawie tak samo trudno, jak było w momencie podjęcia decyzji o odchudzaniu? Ponieważ w kwestii odchudzania Ty i Twój organizm to dwie odrębne „istoty”, które mają różne potrzeby. Twój organizm jest jak stróż, który chroni swój dobytek przed złodziejem, a Ty jesteś jak złoczyńca, który chce pozbawić go ostatnich zapasów (tak, tak, te znienawidzone przez Ciebie ostatnie kilogramy – np. boczki - to ostatnie zapasy, najcenniejszy magazyn energii dla Twojego organizmu. Nie dziw się więc, że nie chce go tak chętnie oddać).

Nie ma nic gorszego niż przyzwyczajenie – przyzwyczajenie do posiadania czegoś, chociażby tych ostatnich nadprogramowych kilogramów. Jak to się mówi: „ludzie mogą przyzwyczaić się do wszystkiego, tylko nie do zmian” – jak widać, organizm również.

To wszystko „dla Twojego dobra”

Jak z początku organizm się cieszy, że pozwalasz mu odetchnąć od nadmiaru kalorii i nadwagi (w końcu noszenie tak wielu nadprogramowych kilogramów nie jest dla niego przyjemne), tak pod koniec drogi chce jednak zachować coś na „wszelki wypadek”, dla Twojego dobra - zaczyna więc lepiej wykorzystywać dostarczane kalorie, oszczędza każdą, bo nie wie, czy jeszcze coś dostanie (a przecież jedzenie jest mu potrzebne, by utrzymać się przy życiu).
Dlatego na początku całkiem nieźle znosisz ucinanie kalorii; nie jesteś bardzo głodna i miło Ci się ćwiczy, ale pod koniec to wszystko nieco się zmienia. Ten zastój to właśnie Twoje największe wyzwanie.

Schudnąć 5 kg, gdy ważysz 100 kg to pestka, ALE gdy masz do zrzucenia 5 kg ważąc 55 kg to już inna sprawa (trzeba się nieźle postarać, bo organizm ZAWSZE chce zostawić sobie jakieś zapasy na czarną godzinę)

Jak pozbyłam się ostatnich kilogramów?

Po całym tym eksperymencie ważyłam właściwie tyle, ile „powinnam” ważyć wg norm (ok. 54 kg), ale dla mnie to za dużo – aby więc ważyć mniej, musiałam się nieźle napocić. By tracić na wadze, uderzyłam w obie strony bilansu kalorycznego (czyli zarówno w kalorie zjadane, jak i spalane). Zaczęłam więc jeść nieco mniej i ruszać się nieco więcej (i nie, nie – nie na odwrót! :D).

Jadłam nieco mniej

Jak jeść nieco mniej? - najlepiej z każdego posiłku odbierać trochę porcji (np. zamiast 3 kawałków karkówki na obiad zjadać 2, zamiast 6 plastrów sera do omletu dodawać 5 itp.). Albo tak jak ja – przestałam też jeść kolację. Zresztą, nigdy nie lubiłam jeść na wieczór (wolę się kłaść z pustym żołądkiem, bo wtedy milej mi się wstaje i rozkoszuje śniadaniem), choć w czasie tego eksperymentu niestety trochę się do tego przyzwyczaiłam – nic nie ma za darmo, więc zagryzłam zęby i powoli się odzwyczajałam.

Możesz też zastosować kilka tricków w kuchni, np.:
  • kup sobie mniejsze łyżeczki – dzięki temu będziesz dłużej nakładać coś na talerz i dzięki temu niezauważenie zjesz trochę mniej;
  • wybieraj mniejsze talerze – dzięki temu nawet jeśli zapełnisz cały po brzegi, to i tak będzie to mniejsza porcja;
  • nie kupuj zbyt wiele jedzenia na zapas – szczególnie takiego, które się szybko psuje i trzeba je zjeść na siłę, „bo szkoda, żeby się zmarnowało”;
  • nie kupuj słodyczy na zapas – bo tym bardziej nie pozwolisz na to, aby „marnowały się” w szufladzie;
  • więcej pij - np. zamiast sięgać od razu po jedzenie zaparz sobie najpierw ulubione ziółka, herbatę, kawę.
Musisz też nauczyć się nie podjadać – zobacz 8 porad



Pamiętaj też, że nigdy nie warto się głodzić, bo po pierwsze Twój organizm długo tego nie wytrzyma, a po drugie będziesz wydawała się anemiczna (i „głodna” na twarzy). Poza tym poprzez głodzenie się nigdy nie uzyskasz tak ładnej sylwetki, jak dzięki ćwiczeniom (mniej obwisłej skóry i bardziej apetyczne kształty).

Nie byłabym sobą, gdybym nie dodała, że ważyć mało bez bycia przesadnie wychudzoną, „wysuszoną”, najlepiej TYLKO odżywiając się niskowęglowodanowo. Na mojej diecie (opartej na produktach pochodzenia zwierzęcego) będziesz miała większą masę mięśniową, a mniejszą tłuszczową – dzięki temu Twoja sylwetka nie będzie typu „skinny fat”, lecz raczej jędrna i silna.

Ćwiczyłam nieco więcej

Żeby pozbyć się tych nowo nabytych kilogramów, czasem w ciągu dnia ćwiczyłam nawet dwa razy (w tym celu eksperymentowałam z różnymi sportami), do tego więcej chodziłam (jak wcześniej np. na uczelnię jeździłam autobusem, a tylko wracałam na nogach, tak teraz w obie strony szłam pieszo – przy okazji zaoszczędziłam na biletach :D).

Jak jeszcze spalać więcej kalorii:
  • ruszaj się przy każdej możliwej okazji – chodź na zakupy zamiast jeździć, tańcz przygotowując obiad, zrezygnuj z windy, oglądaj telewizję chodząc w miejscu itp. - zobacz 5 pomysłów na ruch, gdy nie masz czasu ćwiczyć;
  • znajdź swój nowy ulubiony sport, poeksperymentuj – może jazda na rolkach (gorąco polecam!), gra w tenisa, czy zumba (sama się ostatnio zapisałam i po godzinie skocznych tańców wychodzę z sali mokra od stóp do głów);
  • kup sobie wymarzony strój do ćwiczeń, by zachęcił Cię do ruchu;
  • zaopatrz się w opaskę od potu (na rękę lub/i głowę) i ustal sobie, że dopóki jej nie przepocisz, to ćwiczysz dalej;
  • zainwestuj w bieżnię lub rowerek stacjonarny - lato powoli się kończy, więc zanim dopadnie Cię jesienne przygnębienie, przygotuj sobie sprzęt do ćwiczeń w domu, na który będziesz mogła wskoczyć w każdej wolnej chwili, nawet jeśli będzie to tylko 10 minut rano i 5 wieczorem – gdy zresztą kupisz drogi, porządny sprzęt, to będziesz musiała go używać - jak w końcu tyle pieniędzy mogłoby się zmarnować?!



A więc połączyłam dietę niskowęglowodanową z różnego rodzaju ruchem

Podsumowując, aby stracić na wadze, musiałam nieco mniej jeść: ograniczałam węglowodany do maks. 40 g/dzień (bo większa ilość potrafi niebezpiecznie podnieść apetyt) i nie jadłam wieczorami (a w czasie eksperymentu zajadałam się przed snem i chodziłam spać z pełnym brzuchem). Nie głodziłam się przesadnie i postanowiłam poeksperymentować z ruchem (rano np. aerobik, a wieczorem bieganie/rolki/tańce). Dzięki temu udało mi się osiągnąć mocno ujemny bilans kaloryczny i dlatego traciłam na wadze.

Krok po kroku wróciłam do swojej wcześniejszej wagi i znów czuję się dobrze w swoim ciele. Jak widzisz, nie napisałam Ci o żadnych magicznych sposobach – niestety, musiałam porządnie wziąć się do roboty, żeby ujrzeć zamierzone rezultaty. Tobie radzę to samo, bo to raczej jedyna skuteczna droga.

Zadałam sobie kluczowe pytanie: „Co będzie Ci trudniej znieść?”

To chyba najważniejszy akapit tej notki: otóż jeśli chcesz schudnąć ostatnie 4-5 kg zastanów się, co jest dla Ciebie ważniejsze: ładna sylwetka oraz duma, że się nie poddałaś i osiągnęłaś swój cel, CZY wygoda leżenia na kanapie i nieodmawianie sobie pysznych dodatkowych porcji? Ja np. wolę „cierpieć” ćwicząc i odmawiając sobie kolejnej porcji niebiańskich pyszności, niż iść spać z myślą, że znów poszłam na łatwiznę. A Ty?

„No dobrze, ale co to znaczy „nieco”? I gdzie jakieś konkretne liczby?!”

Coś czuję, że po przeczytaniu tej notki trochę się oburzyłaś: dlaczego nigdzie nie znalazłaś żadnych konkretnych liczb, tylko jakieś głupie „nieco”?! - A bo tak sobie tylko gadam i naprawdę to nie wiem, ile masz uciąć tych kalorii… :D Tak poważnie, to przy traceniu na wadze organizm zaczyna się różnie zachowywać (nie można wciąż tracić na wadze ucinając taką samą ilość kalorii, bo z biegiem czasu ta sama kaloria, załóżmy z tego samego plastra sera, jest inaczej wykorzystywana – organizm „wyciąga” z niej więcej niż wcześniej).

To moje „nieco” jest więc po to, aby uniknąć niepotrzebnych kłótni z wagą. Wyobraź sobie taką sytuację: wszystko skrupulatnie liczysz i z Twoich obliczeń wynika, że powinnaś ważyć mniej; jednak stajesz po kilku dniach na wadze, a ona bezczelnie pokazuje Ci takie same (lub nawet większe) liczby. Co wtedy robisz? - Zaczynasz się oburzać i przeklinać ten niewinny przyrząd, który
przecież pokazuje Ci tylko rzeczywistość - tak, smutną rzeczywistość, ale mimo wszystko prawdziwą. Aby uniknąć takich sytuacji, musisz pamiętać o dwóch rzeczach:
  1. po pierwsze o tym, że prawie nikt nie liczy dobrze kalorii zjadanych i spalanych, bo to niemożliwe (chyba, że jest się podłączonym w laboratorium do aparatury za dobre kilkadziesiąt tysięcy złotych);
  2. po drugie, że to WAGA WIE LEPIEJ, czy miałaś ujemny bilans kaloryczny (wtedy pokazuje mniejsze liczby), czy nie (wtedy pokazuje większe liczby). To waga zawsze ma rację (o ile nie jest zepsuta), nie Ty.
To waga Tobie powie, czy miałaś ujemny bilans, a nie Ty wadze, że (wg Twoich obliczeń) „powinnaś” go mieć
Powiem szczerze, że ja nigdy nie liczyłam kalorii w dosłownym tego słowa znaczeniu (nie zapisywałam każdego włożonego do ust produktu i nie porównywałam kalorii zjadanych do spalanych), bo wiedziałam, że i tak się pomylę. Wystarczyło, że odmawiałam sobie trochę porcji z posiłków, do tego więcej się ruszałam i dopiero w czasie ważenia (ważyłam się raz w tygodniu) dowiadywałam się, czy robię wszystko jak trzeba, czy może mam jeszcze bardziej zmniejszać porcje i jeszcze więcej się ruszać. (Myślę, że zjadałam dziennie ok. 2100 kcal, a spalałam ok. 2800 kcal, ale nie wiem na pewno – grunt, że chudłam).

Gdybym skupiała się na samym liczeniu kalorii, mogłabym nadal kłócić się z wagą o rację i ciągle byłoby 1:0. Dla wagi.


Szukaj

POLECANY POST

Co robić, aby schudnąć? - 12 kroków na cały 2018 rok

Chcesz wziąć się w garść i w końcu zająć się swoją sylwetką, ale nie wiesz co robić i od czego w ogóle zacząć? - Jeśli tak, to mam coś, co ...